Jerzy Bralczyk z Mazurem

Profesor Jerzy Bralczyk, znany językoznawca, polonista, specjalista w zakresie języka mediów, polityki i reklamy. Wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego PAN. Autor licznych książek i artykułów, gość wielu programów telewizyjnych oraz radiowych. Razem z żoną, Lucyną Kirwil, psychologiem, są miłośnikami kotów. Odwiedziliśmy ich w domu w podwarszawskim Milanówku.

Na swoim internetowym blogu "Słowo się rzekło" w jednej z wypowiedzi stwierdził Pan, że jest kociarzem. Za co najbardziej lubi Pan koty?
Muszę zacząć od tego, że nigdy nie myślałem, że będę mieć w domu zwierzaka. Przyznaję, że psy nie są moimi ulubionymi zwierzętami. Z kotami miałem do czynienia już w dzieciństwie. W domu moich rodziców na wsi były koty, które miały charakter niekrępujących domowników. Szczególnie lubię w nich to, że nie są angażujące, nie przeszkadzają.

Ma Pan dwa koty. Jak do Pana trafiły?
Pierwszy kot, Mazur, postawił mnie przed faktem dokonanym. Kiedy miał zaledwie kilka miesięcy, spotkałem go na ulicy na Urysnowie. Poszedł za mną do sklepu. Najpierw wszedł do budynku, potem po schodach na trzecie piętro, aż do drzwi wejściowych. Szybko zacząłem rozwieszać ogłoszenia, że przybłąkał się czarny kotek. Jednak następnego dnia nad ranem już je zrywałem. Wystarczyło, że spędziłem z nim parę godzin i wiedziałem, że chcę go zatrzymać. Od początku zachowywał się grzecznie. Był bardzo do mnie przywiązany. Kiedy przychodziłem do domu, siadał na moich ramionach i mruczał. Mazur podbił również serce mojej żony.

Kiedy pojawiła się Samba?
Było to jeszcze na Urysnowie. Chcieliśmy zapewnić Mazurowi towarzystwo, ponieważ często zostawał sam. Wzięliśmy małego kotka ze schroniska, który potem okazał się kotką. Para od razu przypadła sobie do gustu. Obecnie mieszkamy w Milanówku. Koty cieszą się z ogrodu, choć do zmiany otoczenia musiały się przyzwyczaić. Mazur ma ponad 14 lat, a Samba około 13 lat. Koty różnią się charakterem. Mazur jest towarzyski, natomiast Samba chodzi swoimi ścieżkami. Mimo to bardzo się lubią.
Czasami widuję, jak wieczorami leżą do siebie przytulone.

Dlaczego koty noszą takie imiona?
Żona zaproponowała, żeby pierwszego kota nazwać Pazurem. Z przekory zaczęliśmy na niego wołać Mazur i tak się przyjęło. Kiedy pojawiła się kotka chcieliśmy, żeby jej imię również pochodziło od jakiegoś regionu i jednocześnie było nazwą tańca. Wydało nam się niestosowne nazwać ją Polką. Została Sambą – być może dlatego, że Półwysep Sambia leży niedaleko Mazur.
Zawsze sądziłem, że koty upodabniają się do swoich imion. Ale dlaczego tak jest, trudno powiedzieć.

Czy ma Pan ulubione kocie wątki w literaturze?
W klasycznej literaturze jest ich stosunkowo mało. W jednej z moich ulubionych książek "Mistrzu i Małgorzacie" Michaiła Bułhakowa występuje mówiący kot Behemot. Książki o kotach pisał T. S. Eliot. Znanym kociarzem był również J. W. Goethe.


Rozmawiała Natalia Gierymska