Bogdan Sawicki – dziennikarz, lektor, prezenter radiowy i telewizyjny. Pracę w me-diach rozpoczął w Polskim Radiu Białystok. Współpracował z Programem I Polskiego Radia (magazyn „Zawsze 5 po...”). Równolegle pracował w TVP 2, jako lektor. Był wydawcą programów informacyjnych, reporterem i autorem programu 
w TVP3 „Odkryj Nowy Świat”, a w Polskim Radiu Bis tworzył „Wstawaj, szkoda dnia”. Prowadzi w TVP1 „Agrobiznes” i współpracuje z Radiową Jedynką („Cztery pory roku” i „Lato z Radiem”). Od 2011 prowadzi z Romanem Czejarkiem koncerty plenerowe „Lata z Radiem”.

Jakie miał Pan doświadczenia ze zwierzętami w dzieciństwie?
Jestem z psiej rodziny. U dziadków była suka owczarka niemieckiego, a ojciec też był fanem owczarków. Trzeci z kolei był mój i miał na imię Sas. Potem była suka doga błękitnego, która niestety 
w wieku 4 lat zachorowała na zapalenie jelit i nie przeżyła. Wtedy zadecydowałem, że nie chcę mieć więcej psa, bo jego odejście byłoby dla mnie koszmarem i… trafił się Edward. To był przypadek.

Jaki to był przypadek?
Moja przyjaciółka zadzwoniła pod pretekstem spotkania na herbatę w Sulejówku, w jej domu, gdzie właśnie urodziły się 3 szczeniaki rasy labrador. To nie był jeszcze pomysł na psa. Obejrzałem te tygodniowe maluchy. Natomiast po dwóch miesiącach Kaśka przyjechała do mnie samochodem, a w środku siedział pies. Po prostu go dostałem i od tamtej pory jest big love. W ogóle nie Edward powinien mieć na imię, bo się urodził 
6 grudnia, a Mikołaj.

Jest big love ale czy the biggest one?
No, można tak powiedzieć (śmiech). Na pewno pod względem charakteru jest psem z kosmosu, zwierzakiem, który dał się najszybciej wychować. Prawdą jest oczywiście, że ja miałem tacierzyński urlop przez rok. Mało pracowałem i siedziałem 
z nim w domu. To zaowocowało sukcesem wychowawczym. Ale jednego nie udało mi się go nauczyć. On do dzisiaj nie prosi o spacer. Gdy był małym szczeniakiem, zanim sam się zorientował, że chce coś zrobić, to ja już z nim wychodziłem. 
O jedzenie prosi, bawi się, przychodzi pod fotel 
i patrzy mi głęboko w oczy i ja wiem, że jest około godz. 19. Pies już jest pod fotelem, patrzy i merda ogonem. Edward jest bardzo towarzyski, uwielbia  jak przychodzą do nas goście. Aktywnie uczestniczy w spotkaniach i nie odstępuje na krok osoby, która da mu jakiś smakołyk. Apetyt ma jak każdy przedstawiciel rasy. Miska jest zawsze w ekspresowym tempie opróżniona i dokładnie wyczyszczona.

Macie jeszcze jakieś inne rytuały?
Mamy jeden wspólny ulubiony przeze mnie i przez psa fotel.  W dzień, kiedy jestem w domu, to jest mój fotel. Natomiast wieczorem, kiedy ja się kładę do łóżka, on przychodzi, przekrzywia śmiesznie łeb i pyta się: „czy mogę?” Ja mówię: „możesz” 
i Edward wtedy całą noc spędza w fotelu. Na pewno jak mnie nie ma w domu, to też spędza czas w tym fotelu i ja za to ręczę. On zawsze się wszystkiego fajnie uczy, jest bardzo bystry. Nigdy nie był psem niszczycielskim, a jeśli miał zakusy, to był strofowany i teraz wszystko w domu może być na wierzchu. Niestety zjadł synowi mojej przyjaciółki świeże świadectwo dojrzałości przed zaniesieniem na uczelnię – taka sytuacja była wyjątkowa. Czasami Edward „strzela” focha. Obraca się tyłem i udaje, że mnie nie ma, bo nie ma ochoty na zrobienie czegoś. Ale zawsze rekompensuje mi to swoją ujmującą grzecznością i podlizywaniem się.

Lubi jazdę samochodem?

Tak bardzo, od pierwszego razu. Jeździ w przestrzeni bagażowej. Mam Mini Morrisa i to jest absolutnie auto w sam raz dla niego. Może w nim leżeć i usiąść bez obracania się. Jeździmy z nim za granicę, nad morze, czy na Mazury. Podróże dostarczają niezapomnianych wrażeń, a Edwardowi nowych bodźców.

Rozmawiała Dorota Szulc-Wojtasik
Fotografowała Magda Wiśniewska-Krasińska