Na pytania odpowiadają: Małgorzata, Filip i Piotr Remisiewicz

Gdyby pół roku temu ktoś powiedział, że rodzina Gosi, Jarka, Piotrka i Filipa powiększy się o czworonożnego przyjaciela, pewnie popukaliby się w czoło. W grudniu progi ich niewielkiego mieszkania przekroczył Pajdek z warszawskiego Palucha – i od pierwszej sekundy poczuł się jak u siebie w domu.

Pajdek jest Waszym pierwszym kotem?
Tak ja, jak i mój mąż, chowaliśmy się w domu z psami. Wiedzieliśmy, z jaką odpowiedzialnością się to wiąże. Dlatego, gdy sami zostaliśmy rodzicami dość ostrożnie podchodziliśmy do dziecięcych marzeń o czworonożnym przyjacielu. Tłumaczyliśmy chłopakom, że to decyzja na kilkanaście lat życia, że to nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim ogromna odpowiedzialność. Starszy z synów, 12-letni Piotrek, rozumiał te argumenty, ale czuliśmy, że serce podpowiada mu coś innego.

Co się zmieniło w Waszym nastawieniu?
Byliśmy kilka miesięcy temu w Krakowie u naszych przyjaciół, którzy mają w domu cały zwierzyniec: psa, kota, chomika. Dałam sobie weekend na obserwację, jak na co dzień wygląda opieka nad kotem: jak dużo uwagi trzeba mu poświęcać, jakich dostosowań wymaga, itp. I w tym Krakowie stałam się, ku swojemu niemałemu zaskoczeniu, drugą po Piotrku orędowniczką powiększenia naszego stada. I tak jeden klocek domina wprawił w ruch spiralę zmian…

Od początku było pewne, że kot ma być „schroniskowy”?
Nie było innej opcji. To dla nas oczywiste, że pomagać należy tym, którzy są w największej potrzebie. Dlatego chcieliśmy dać nowy dom zwierzakowi, z którym życie nie obeszło się łaskawie. Nie bez znaczenia był też fakt, że nasza sąsiadka z córką są wolontariuszkami na Paluchu, dlatego mieliśmy z pierwszej ręki informacje o tym, jak dobrze przygotowują tam zwierzęta do adopcji. Ujmuje nas to, jak wiele ludzi jest wrażliwych na zwierzęcą krzywdę. Nasza lekarz weterynarii jest zaangażowana dla „schroniskowych” zwierząt.

Dlaczego Pajdek?
To była miłość od pierwszego e-wejrzenia. Piotrek codziennie odwiedzał stronę Palucha, pewnego dnia zobaczył zdjęcie Pajdka – i zakochał się w nim bez pamięci. Musieliśmy przełożyć o kilka dni wizytę adopcyjną, więc Piotrek co chwilę zaglądał, czy Pajdek wciąż na niego czeka. Równolegle byliśmy w stałym kontakcie sms-owym z wolontariuszką, którą wyczerpująco i bardzo życzliwie odpowiadała na wszystkie pytania.

Nie wystraszyliście się kociego kataru?
Wolontariuszka, a później także pracownicy schroniska wszyscy nam dokładnie wytłumaczyli, z czym to się wiąże. Pajdek został gruntownie przebadany na pożegnanie, dostał ostatnią dawkę antybiotyku – i nie wymagał już dalszego leczenia w domu. U lekarza byliśmy tylko na kontroli – a miesiąc później na kastracji.

Śmiejecie się, że Pajdek to prawdziwy „kot w worku”. Dlaczego?
Weszliśmy do schroniska ze słowami „my po Pajdka”. „Może poznacie inne koty, bo Pajdek jeszcze jest w szpitalu” – mówiły opiekunki. Ale, jak już wspomniałam, Piotrek był zdeterminowany. Dzień, w którym po niego pojechaliśmy był bardzo mroźny, podaliśmy tylko transporter przez uchylone drzwi szpitala, owinęliśmy kocem i pobiegliśmy do biura dokończyć formalności. Jest nam ze sobą tak dobrze, że to tylko potwierdzenie, że w miłości warto zaufać intuicji. I ta nasza miłość z każdym dniem jest coraz większa. Kot nadaje domowi duszę – powiedział ktoś. Potwierdzamy!

 

PARTNERZY CYKLU