Krystyna i Zbigniew Blimke z Ciapkiem

Dr n. wet. Zbigniew Blimke – prowadzi przychodnię weterynaryjną w Ustroniu. Interesuje się dermatologią, a zwłaszcza alergologią. Jest członkiem zarządu Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt oraz działa w samorządzie weterynaryjnym. U nas, wspólnie z żoną – Krystyną, opowiada 
o swych czworonożnych domownikach.

Czy to prawda, że każdy lekarz weterynarii ma w domu jakieś zwierzę?
Zbigniew Blimke: Nie znam takiego, który by nie miał. (śmiech)
Krystyna Blimke: Zawsze marzyłam o białym pudelku...
Z.B.: Ale jak do tej pory marzenia się nie ziściły!
K.B.: Obecnie posiadamy w domu dwa urocze zwierzaki – kota i psa.

Jaka jest historia waszego kota?
K.B.: Pamiętam, że była straszliwa zima. Ale utkwiła mi ona w pamięci nie tylko ze względu na siarczysty mróz, ale także z tego powodu, że telewizja co chwilę donosiła o zamachach bombowych w Warszawie. Kiedy na ustrońskim osiedlu, nieopodal naszego domu, mieszkańcy znaleźli porzuconą paczkę, pomyśleli, że w środku znajduje się jakiś ładunek wybuchowy.
Z.B.: Wezwali czym prędzej policję, która z kolei zawiadomiła pirotechników. Okazało się jednak, że w paczce są trzy kociaki. Niestety udało się uratować tylko jednego z nich i jest to właśnie Melon.
K.B.: Kociak trafił do naszej lecznicy, a ponieważ powrót do zdrowia trwał ponad pół roku, zajmowałam się nim. I tak został z nami.
Z.B.: Nazwaliśmy go Melon, chociaż później okazało się, że jest to kotka. Teraz wołamy na nią Mela, Melusia, Melka.

Jaka ona jest?
Z.B.: Zachowuje się niczym duch. Potrafi zniknąć na cały dzień, po czym zjawia się w najmniej oczekiwanym miejscu i momencie.
K.B.: Już nie raz próbowaliśmy jej szukać. Zajrzeliśmy dosłownie wszędzie, w najmniejszy zakamarek, i kota nie było...
Z.B.: No dlatego mówię, że jak duch...

A Wasz pies też jest tak bardzo tajemniczy?
Z.B.: Ciapka, bo tak się zwie, trudno nie zauważyć. Przez lata, każdego, kto do nas przychodził do lecznicy i do domu na powitanie „łapał za nogę”. A szczególnie, gdy ktoś był w butach z wysoką cholewą.
Jak do Was trafił?
Z.B.: Ciapek pochodzi z Istebnej. Mieszkał na składzie opałowym, a miejscowi górale donosili mu jedzenie. Pewnie by tam został, ale przydarzyła się nieprzyjemna sytuacja. Ponieważ, tak jak wspomnieliśmy, lubił „łapać za buta”, nieznacznie zranił w łydkę dziecko kobiety, która przyjechała na ów skład. Kobieta zażądała świadectwo szczepień, którego oczywiście nie było. Pies został skierowany do lecznicy na obserwację, czy nie ma wścieklizny. I w ten sposób klatkę obserwacyjną zaczął traktować jak budę, a lecznicę jak dom.
K.B.: Mąż nie stwierdził wścieklizny u psa. Ciapek w krótkim czasie zorientował się, że jest u nas miło, dajemy dobre jedzenie, więc został.
Z.B.: Był tylko pewien problem, bo Ciapek tak się identyfikował z lecznicą, że każdą osobę, ktora do niej weszła próbował złapać za buta. Prosiłem go, aby uczył się od innych psów, które grzecznie siedziały w poczekalni. Tłumaczyłem, że żaden z psów, który wchodzi do lecznicy nie gryzie. Trochę to trwało.
K.B.: I w końcu zrozumiał, że nie może odstraszać klientów, choć szarogęsi się nadal... Sam otwiera sobie drzwi do lecznicy, przechodzi przez korytarz, często wpada do gabinetu.
Z.B.: Ciapek przeszedł porządną socjalizację i myślę, że teraz jest naprawdę fajnym gościem, ale trauma z przeszłości gdzieś pozostała. Kiedyś wybraliśmy się do Istebnej, do tartaku, Ciapek panicznie bał się, że go tam zostawimy.
K.B.: Sądzę, że skrzywdzone zwierzęta zawsze obsesyjnie się boją, aby nie wrócić do poprzednich, złych warunków.

Czy Ciapek i Mela są przyjaciółmi?
Z.B.: W dzień każde z nich chodzi własnymi drogami, tzn. kot znika, a Ciapek pilnuje domu i lecznicy. Ale wieczorem wszyscy mają być na swoich miejscach.
K.B.: Jest między nimi nić porozumienia. Tak samo było z Lalusiem.
Z.B.: Laluś to kundelek, ukochany pies Krysi, którego niestety nie ma już z nami. Trafił do lecznicy z wypadku, a właściciele nie zgłosili się po niego.
K.B.: Odszedł  w wieku 17 lat w pokoju, za fotelem. Piłam ze Zbyszkiem kawę i pomyślałam, że coś nie jest w porządku, bo Laluś nigdy tak długo nie spał. Smutny to był widok, gdy mąż wynosił martwe zwierzę z domu, a za nim, niczym w kondukcie żałobnym, szli Melon i Ciapek...
Z.B.: Cóż, zwierzęta posiadają wrodzoną mądrość, o której my – ludzie często zapominamy.

Rozmawiała i fotografowała
Dorota Szulc-Wojtasik