Piotr Skarga

Piotr Skarga – aktor teatralny i filmowy. Występował w Teatrze Dramatycznym i Teatrze Nowym w Warszawie. Popularność przyniosły mu role w serialach telewizyjnych, takich jak "W Labiryncie", "Pensjonat pod Różą", "Mamuśki" czy "Bulionerzy". Wspólnie z partnerką Beatą są właścicielami dwóch pięknych kotek.

W jakich okolicznościach pojawił się u Państwa pierwszy kot?
Stało się to dwa lata temu, zupełnie przypadkowo. Mieliśmy wtedy suczkę rasy husky o imieniu Chaski. W drodze na naszą działkę pod Warszawą zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ludzie 
z pobliskich posesji wyrzucali worki ze śmieciami. Nasz pies wyskoczył 
z samochodu zachęcony zapachami, 
a my za nim z obawy, że coś zje. Beata zdążyła odgonić psa, ale w pewnym momencie zobaczyła, że coś się rusza. Nagle spod worków ze śmieciami wyszło coś malutkiego, strasznie chudego i stanęło Beacie na bucie. Dopiero po chwili rozpoznaliśmy, że to mała kotka. Wyglądała okropnie, miała zaropiałe oczka. Miauczała przeraźliwie, jakby chciała powiedzieć: "Uratujcie mi życie, bo umieram". Kiedy ją zobaczyliśmy, zamarło nam serce. Okazało się, że śmietnisko stało się paśnikiem dla okolicznych bezdomnych kotów. Małą kotkę musiała porzucić matka. Zdążyliśmy wstąpić na chwilę na naszą działkę po pudełko i poduszkę dla niej, a zaraz potem byliśmy już w drodze powrotnej do Warszawy. Pojechaliśmy z kotką prosto do znajomej lekarki weterynarii, która na jej widok załamała ręce. Nie wiadomo było, czy uda się ją uratować. Obiecaliśmy sobie, że jeśli tylko tak się stanie, zostanie u nas, bez względu na to, jak się będzie zachowywać nasza suczka. Kotka przebywała 
w klinice, a my codziennie przychodziliśmy ją odwiedzać. Przez ten czas zdążyła się do nas przyzwyczaić. Po dwóch tygodniach mogliśmy zabrać Jolę, bo tak ją nazwaliśmy, do domu.

Jak na kotkę zareagował pies?
Nasza suczka Chaski polowała prawie na wszystko, również na koty. Dlatego zadziwiające było to, że natychmiast zaakceptowała kotkę. Bywało nawet, że spały razem na jednym legowisku 
i jadły z tej samej miski. Ich przyjaźń trwała kilka miesięcy aż do momentu, kiedy nasza suczka zmarła.

Czy to wtedy zapadła decyzja o drugim kocie?
Tak. Widzieliśmy, że Jolce nie jest dobrze samej, więc postanowiliśmy, że musi mieć jakiegoś towarzysza. Nasi znajomi powiedzieli nam 
o kociętach do oddania i w ten sposób pojawiła się u nas Jessica – daliśmy jej takie imię od jednego ze skeczy kabaretu Ani Mru Mru. Przez kilka dni Jola fukała na Jessicę, potem polubiły się 
i dziś są ze sobą bardzo zaprzyjaźnione.

Kotki mają podobne charaktery?
Niezupełnie. Jola jest szalenie wylewna i przylepna. Przez to, że uratowaliśmy jej życie, w nieprawdopodobny wręcz sposób odwzajemnia się nam i obdarza nas wielką miłością. Lubi się przytulać, chętnie wskakuje na kolana, liże po rękach. Cały czas chce być w kontakcie z człowiekiem. Z kolei Jessica jest odważna i bardziej zdystansowana. Obie kotki są cudowne i wzruszające. Sprawiają nam dużo radości. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że je mamy.

Czy sympatia do zwierząt ułatwia pracę z nimi na planie filmowym?
Na pewno tak, choć ogólnie ze zwierzętami nie pracuje się łatwo, ponieważ nie zawsze jesteśmy w stanie sprawić, aby zrobiły to, czego wymaga scenariusz. W „Bulionerach” w jednym z odcinków występował kot, którego trzeba było prowadzić na specjalnej lince, aby szedł we właściwym kierunku. W innym odcinku grał pit bull, który miał udawać groźnego, a w rzeczywistości był uroczą, łagodną suczką, która w ogóle nie wiedziała, że ma zęby. Kiedyś brałem udział w kilku filmach, w których występowały konie, a raz miałem nawet zdjęcia z wężem boa.


Rozmawiała Natalia Gierymska