Roch Siemianowski

Roch Siemianowski – aktor, znany z filmów, a także seriali telewizyjnych, takich jak: "Plebania", "Kryminalni", "Pensjonat pod różą", "Samo życie". Prywatnie właściciel 12-letniej suczki amstaffki Kory, 6-letniego kundelka Pedra oraz 8,5-letniego kota Antonia.

Jak rozpoczęła się Pana przygoda ze zwierzętami?
Dawno, dawno temu, zaczęło się od... właściwie to sam już nie pamiętam. Ale pierwszym zwierzakiem, którego zapamiętałem jeszcze z domu rodziców w Ko- morowie, była mała ponadrasowa suczka Negrita. Czarna jak noc, ale mała i bardzo przyjacielska. Wkrótce potem przybłąkał się kotek, drugi pies i kolejny kot. Koty – rzecz jasna – dachowce, a kolega Negrity też "wielowarzywny", ale "owczarko-niemiecko-podobny". Kiedy przyjeżdżali znajomi z Warszawy wielką atrakcją było dla nich oglądanie czterech sterczących w niebo ogonów, należących do zwierzaków jedzących z jednej miski. Może trochę przesadziłem. Tak naprawdę jeden z kotów nie brał w tym udziału, a na co dzień były dwie miski – jedna dla psów, druga dla kotów.

Jakie zwierzęta mieszkają teraz razem 
z Panem?
Są dwa psy: amstaffka Kora jest prezentem od kolegi, a Pedro to znajda przy-
garnięta przez prywatny dom opieki 
w Łomiankach, skąd następnie trafiła do mnie. Natomiast kot Antonio (imię po Banderasie) trafił do nas dzięki nieprawdopodobnemu zdarzeniu. Otóż, pewnej nocy spałem sobie smacznie, aż tu nagle, przerażony budzę się i czuję, że coś mnie atakuje. Okazało się, że to biedna mała myszka ześlizgnęła się z książek na półce nad łóżkiem i spadła prosto na moje zamknięte, śpiące oko. Oboje (mysz i ja) byliśmy w strasznym szoku. Cóż było robić? Przecież pułapki na myszy wyposażonej w kawałek edamskiego, czy goudy w "Hamleta" nie wstawię... Następnego dnia znaleźliśmy w lokalnej gazecie ogłoszenie – "kota oddam...". No, to przyjąłem.

Jak wyglądają relacje między czworonożnymi domownikami?
No, cóż... Nie jest to, niestety, przyjaźń. Ale ich relacje nie są rówież ilustracją porzekadła, że żyją jak pies z kotem. Określiłbym to raczej jako dobrosąsiedzkie współistnienie. Ma to swoje źródło. Otóż w domu przez dłuższy czas niepodzielnie królowała Kora. I nagle pojawił się on, obcy, na dodatek... KOT!!! Około trzech miesięcy trwało tłumaczenie suce, że kot NIE jest jadalny. Przynajmniej ten. W rezultacie trzeba było podzielić dom na strefy wpływów. Psy urzędują w kuchni i stołowym, kot w sypialniach. Pośrodku jest granica – furtka w korytarzu. Dziś zwierzaki już się tolerują. Jeżeli, przykładowo, wychodząc z domu nie zamkniemy furtki, psy natychmiast wykorzystują okazję i galopują do naszej sypialni, mimo że jest to terytorium kota. Skotłowawszy łóżko zapadają w sen, udając, że nie widzą kota leżącego obok. Wieczorem w salonie też kota właściwie ignorują, chociaż czasami, w kuchni, Pedro usiłuje kota polizać (czego Antek zdecydowanie nie lubi).

Za co najbardziej lubi Pan koty?
Koty chyba najbardziej dają się lubić za to, że są elastyczne. Chodzi o psychikę,
a nie tylko giętkie ciało. Nasz Antonio wychowywał się 
z psami, więc często zachowuje się jak pies. Czasem szczeka na ptaki za oknem, głośno domaga się czesania i z ostentacyjną odrazą znosi lizanie przez Pedra. Z kolei pierwszy mój kot, dawno temu, miał zwyczaj robić siusiu w wielkiej, starej wannie do odpływu wody, bo mu się nie chciało wychodzić na dwór, a tam zawsze było czysto. Pewnego razu wszedł do łazienki przez uchylone drzwi, gdy dopiero wyszedłem z wanny i z rozpędu wskoczył do tej wanny pełnej jeszcze wody. Już w powietrzu zorientował się, że nie jest tak, jak być powinno. I właśnie wtedy zobaczyłem manewr jak z filmu rysunkowego. Kot w powietrzu nagle zmienił kierunek lotu, odbił się od powierzchni wody i wyskoczył przez okienko nad wanną, rozchlapując tylko trochę wody...

Dziękujemy za rozmowę