Piotr Fronczewski

Piotr Fronczewski – aktor, piosenkarz, kabareciarz, znany z tego i... owego, czyli owych równie znakomitych dubbingów oraz audiobooków z przygodami Harry’ego Pottera. Z tego znamy go wszyscy. Ale jako niezłomnego miłośnika zwierząt znają go tylko najbliżsi.

Dzisiaj posiadają Pana dwa koty, a jak było wcześniej?
Dobrze powiedziane. Wcześniej nasz dom był królestwem psów – zazwyczaj kundelków. 11 lat mieszkał z nami Punk. Piękny kundel z niewybarwionym nosem, inteligentniejszy od właścicieli (śmiech). Dostaliśmy go od Krysi Sienkiewicz, która uratowała mu życie. Punk wychował nam kilka kociąt, m.in. wigilijną znajdkę, na którą kiedyś córki natknęły się na klatce schodowej. Kociak wtedy był maleńki 
i ślepy. Jednak i Punka, i tamtego kotka już z nami nie ma, widać wyczerpał swój limit siedmiu żywotów.... Teraz za to zawładnęły nami dwa inne kocury. Pierwszy z nich – Mel (na zdjęciu), dachowiec zwany przez nas Melusiem – został znaleziony. A Lucjusza, czyli Lucka, kota rasy tonkijskiej, nabyliśmy drogą kupna na wystawie kotów rasowych. I tak to, dzięki niemu, było nie było Lucjuszowi, staliśmy się rodziną prawdziwie arystokratyczną. (śmiech)

Jakie są Pana koty?
Meluś jest okropnym łakomczuchem. Ostatnio mocno przytył i dlatego położyliśmy łapę na jego michę. W przeciwieństwie do Mela Lucek jest smukły, żartujemy sobie nawet, że dba o linię, ale rzeczywiście ma znacznie mniejszy apetyt. Jest też szalenie towarzyski, przylepny wręcz – i konsekwentnie egzekwuje przynależne mu hołdy i pieszczoty. Mel jest zdecydowanie większym indywidualistą, chodzi własnymi drogami, a na widok tzw. publiczny wystawia się wtedy, kiedy sam chce. Poza tym Mel jest stoikiem. Nic i nikt nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. No, chyba żeby... Oba koty, choć tak różne, mają cechy wspólne. Przede wszystkim są ciekawskie. Największe ich zainteresowanie budzą – rzecz jasna – torby z zakupami. Uwielbiają do nich zaglądać, włazić, myszkować. Muszą też zaakceptować naszych gości i w tym celu wykorzystują swój niezwykle precyzyjny instrument – nos i psi, o! przepraszam! koci węch. Często po tym pierwszym kontakcie mają ochotę na dalszy ciąg i bez pardonu pakują się nieszczęśnikowi na kolana, domagając się właściwego, według nich, zainteresowania.

A co się dzieje z Melem i Lucjuszem, kiedy wyjeżdżacie Państwo na wakacje?
Ależ to chyba oczywiste! Koty wyjeżdżają z nami. Mamy swoje ulubione miejsce nad morzem, gdzie jeździmy z nimi od kilku lat. Pamiętam jednak, że pierwsza podróż niezbyt im się podobała, a i ich wakacje też nie należały do udanych – całe kanikuły przesiedziały w szafie 
z ubraniami. Teraz jest znacznie lepiej. Kontemplują nadmorski krajobraz... zza okna. A do tego stały się – jak podejrzewam – wybitnymi ornitologami, bo tyle godzin poświęcają na wnikliwe obserwacje wszelkiego latającego stworzenia. Choć, dalibóg, nie mam pojęcia, kiedy znalazły na to czas, bo z moich obserwacji wynika, że życie kota składa się po pierwsze – ze spania, po drugie – ze spania i po trzecie.. nie, nie! Nie ze spania – z jedzenia... (śmiech).

Co koty wniosły do Państwa domu?
Koty stanowią o klimacie domu, współtworzą jego aurę, ocieplają i... rozleniwiają. Po powrocie z rozpędzonego świata, królującego na zewnątrz, te mordki kochane pocieszą, uspokoją, pozwolą zrozumieć to i owo, zaakceptować. Tacy nasi domowi terapeuci.

Miał Pan psy, teraz są koty. Zupełnie różne światy...
Kiedyś usłyszałem piękną sentencję, obrazującą różnice pomiędzy nimi. Gdy pies patrzy na człowieka to myśli: "człowiek karmi mnie, daje mi schronienie, bawi się ze mną, w takim razie jest bogiem". A kot, kiedy patrzy na człowieka, myśli: "człowiek karmi mnie, daje mi schronienie, bawi się ze mną, w takim razie jestem bogiem". I to by było na tyle... Podpisuję się pod tym czterema lapami.

Dziękujemy za rozmowę