Agnieszka Suchora w 1990 ukończyła studia w PWST w Warszawie. Jest aktorką Teatru Współczesnego w Warszawie. Szerokiej publiczności znana z występów w Kabarecie Olgi Lipińskiej, oraz roli w serialu„Daleko od noszy”. Prywatnie opiekunka uroczych psiaków Lepka i Becketa, oraz kotki Fredzi. Od dawna zaangażowana w akcje pomocy bezdomnym i potrzebującym zwierzętom.

Bardzo Ci dziękuję Agnieszko, że pomimo ogromnej ilości zajęć i pracy zawodowej udało Ci się znaleźć czas na wywiad dla nas.
To prawda, nie dla każdego wywiadu znalazłabym czas. Ale od dawna znamy się i lubimy, poza tym lubię wspierać akcje dla bezdomnych zwierzaków, które organizujecie jako Cztery Łapy. No i lubię Ciebie Dorotko. Już od pierwszego wywiadu, jakiego udzieliłam Wam kilka lat temu, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. I dlatego siedzimy tutaj dzisiaj i możemy porozmawiać o ważnych dla nas tematach.

W jaki sposób pomagasz?
Staram się pomagać fundacjom opiekującym się bezdomnymi zwierzakami na różne sposoby. Najłatwiej jest pomóc finansowo. Ostatnio poprosiłam gości, których zaprosiłam z okazji moich urodzin, aby zamiast prezentów, wrzucili datek na fundację Znajdki. Jestem bardzo zaprzyjaźniona, tak jak Ty i cała redakcja Czterech Łap z tą właśnie organizacją. Staram się jednak pomagać nie tylko finansowo. Zapraszam prezes Znajdek Jolę Boczkowską do mojego teatru na spektakle. Uważam, że to niezwykle ważne, żeby mogła choć na chwilę oderwać się od codzienności w przytulisku. Pomagam także czynnie, czasami jeżdżę do Fundacji. Na to jednak zwykle jest najmniej czasu i dlatego bardzo podziwiam wszystkich wolontariuszy, którzy regularnie bywają w Znajdkach i zabierają zwierzaki na spacery, czy sprzątają boksy.

Jak zaczęła się Twoja pasja do pomagania zwierzętom?
Przeszłam długą drogę. I wiem, że od czasu kiedy widziałyśmy się kilka lat temu na wywiadzie, wiele się zmieniło. Na okładce pozowałam wtedy z kocicą Fredzią, która nadal jest z nami i dwoma psiakami, czyli Lepkiem i Tulą. Wcześniej, przed przygarnięciem pierwszego podopiecznego na czterech łapach, miałam podejście bardzo hedonistyczne. Nie chciałam być związana obowiązkiem opieki nad czworonożnym członkiem rodziny. Lubię długo spać, mieć czysty dom i wyjeżdżać. To jest bardzo ważne dla całej mojej opowieści, ponieważ widać, jak wiele się zmieniło. I jak istotne zmiany zaszły w moim życiu. Największa nastąpiła, kiedy znalazłam Lepka w ogrodzie. Ktoś przerzucił go przez płot. Wtedy pierwszą moją reakcją była totalna niechęć. Szukałam mu opiekunów przez kilka tygodni, a dopiero później moi znajomi przyznali się, że nie chcieli go wziąć, bo wiedzieli, że zdecyduję się, aby go zostawić i dam mu wspaniały dom. Musiałam się jednak przekonać. I nie żałuję. Gdy stałam się opiekunką Lepka, zaczęłam przebywać więcej w towarzystwie psiarzy, na przykład na ursynowskiej górce, gdzie mieszkańcy spotykają się podczas spacerów ze swoimi czworonogami. I wtedy stwierdziłam, że jeśli wychodzę z jednym psem, mogę wychodzić też z dwoma. Do naszego domu przybyła Tula, starsza sunia, którą przygarnęliśmy, aby dać jej dom na ostatnie lata życia. Ogromną rolę w mojej drodze do miejsca, w którym jestem teraz, czyli absolutnej psiary i osoby, która uwielbia pomagać zwierzętom, odegrał dr Maciej Czajka z ursynowskiej lecznicy weterynaryjnej. On i cały jego zespół dają mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, jeśli chodzi o opiekę nad naszymi zwierzętami. A jest to niezwykle ważne, gdy mamy pod swoim dachem zwierzaki starsze i chore.



Co się zmieniło, jeśli chodzi o twoje osobiste zwierzęta od poprzedniego wywiadu?
Po śmierci Tuli, wiedziałam, że w niedługim czasie adoptuję kolejnego zwierzaka. Szukałam oczywiście znajdki, bo uważam że kupowanie psów rasowych w naszym kraju, gdzie tak wiele czworonogów czeka na swojego opiekuna w schronisku, nie ma sensu. Jeśli adoptuję psa czy kota, nie ma on być kolejną piękną rzeczą w moim domu. Wychodzę z założenia, że daję dom nowemu członkowi rodziny, bo chcę mu dać lepsze życie i miłość. I tak, już dwa dni po odejściu Tuli, zaczęłam szukać psa do adopcji w internecie, jakiegoś największego biedaka. I znalazłam Renię. Była bardzo starym i schorowanym psem. Jak się okazało, spędziła w schronisku całe życie. Zmieniłam jej imię na Wiśka, na rzecz Wisławy Szymborskiej. Sunia niestety odeszła już od nas, ale przeżyliśmy wspólnie wiele pięknych chwil i wzruszeń. Pozostały zdjęcia i wspomnienia. Zobaczyłam, jak bardzo można zmienić swoje życie, tak naprawdę go nie zmieniając. A jak wiele zmienić w życiu wszystkich czworonogów, które u mnie mieszkały. Jeszcze kiedy była z nami Wiśka i Lepek, pomyślałam o młodym psie, żeby ich zaktywizować. Bałam się trochę przyznać do tego pomysłu mojej rodzinie. Udało mi się przekonać moją córkę i znalazłyśmy wspólnie z Gabrysią Becketa. Pozostało jedynie przekonać mojego męża Krzysztofa. Na szczęście udało się. Wprawdzie nie był zachwycony, a nawet był dość sceptyczny, ale w końcu pojechał po psiaka z nami. Becket to pierwszy szczeniak w moim życiu, zupełna odmiana. Nie żałujemy jednak, że zdecydowaliśmy się na adopcję młodego psa. Obecnie aż do czerwca jestem bardzo zajęta, ale wiem, że już niedługo przyjdzie czas na adopcję kolejnego zwierzaka.

Wspominałaś, że przy podejmowaniu decyzji o adopcji Becketa brała udział Twoja córka Gabrysia. Jednak zawsze podkreślasz, że adopcja, czy kupienie psa„dla dziecka”, to zły pomysł. I to dorośli domownicy, którzy utrzymują zwierzaka, a przede wszystkim reagują w sytuacjach kryzysowych, są jego opiekunami.
Tak, zdecydowanie jestem zwolenniczką tego poglądu. I wiem, że choć moja rodzina pomaga mi w opiece nad zwierzakami, które mieszkają w naszym domu, w przypadku każdej adopcji, to ja jestem główną inicjatorką i to ja jestem odpowiedzialna za opiekę nad psem czy kotem. I musimy pamiętać o tym, że przyjęcie zwierzęcia do domu nie jest może aż tak poważną decyzją jak np. adopcja dziecka, ale staje się zobowiązaniem na całe jego, często nie krótkie życie. Nie możemy w związku z tym adoptować psa pod wpływem impulsu, czy zmęczeni namowami dziecka które w perspektywie kilku lat może nie radzić sobie z samodzielną opieką nad przyjacielem na czterech łapach.



Czy spotykasz się, jak każda osoba zajmująca się pomocą bezdomnym zwierzakom z pytaniami, a niekiedy zarzutami, że mogłabyś wybrać inną formę pomocy i zająć się np. chorymi dziećmi, czy innymi potrzebującymi osobami.
Tak, zdecydowanie. Ale bardzo szybko odpowiadam wtedy, że wybór tego, komu chcemy pomagać zależy od nas. Ja zdecydowałam się na poprawianie życia bezdomnych zwierząt, temu poświęcam swój czas i energię. Natomiast ktoś inny może stwierdzić, że najważniejsza dla niego jest pomoc chorym ludziom. W ten sposób w każdej organizacji znajdą się osoby, które będą pomagać.

Rozmawiała: Dorota Szulc-Wojtasik,
zdjęcia: Magda Wiśniewska-Krasińska