Joanna Kurowska – aktorka teatralna, filmowa, telewizyjna, absolwentka łódzkiej,,Filmówki”. Występuje na deskach teatrów warszawskich. Znana z wyjątkowego poczucia humoru i błyskotliwej riposty. Przez wiele lat opiekowała się kotem. Aktualnie jej sercem włada suczka rasy bichon hawański o imieniu Mary Lou.


Jak to się stało, że z miłośniczki kotów stałaś się miłośniczką psów? Kiedy się poznałyśmy, miałaś kota.
Nie mogę żyć bez zwierząt. Niestety, okazało się, że na wiele z nich mam alergię. Zaczęłam więc szukać zwierząt, które by mnie nie uczulały. Bo dom bez zwierząt to taki nie – dom.

Niepełny?    
Niepełny. Zresztą już nasza noblistka Wisława Szymborska powiedziała, że boi się trafić do domu, w którym nie ma zwierząt… Są rasy psów, które nie uczulają aż tak bardzo – to są psy z włosem. Między innymi, właśnie bichony hawańskie. Długo nosiłam się z myślą, żeby kupić takiego psa i długo jęczałam w garderobie jak bardzo brakuje mi zwierzęcia. Grająca ze mną Beata Kawka nie mogła już dłużej słuchać tych jęków. Któregoś dnia, przywiozła mi takiego psa z hodowli. Przyjechała, wypuściła go. Ja byłam w szoku. Moja córka Zosia popłakała się ze szczęścia.

A w jakim wieku była wtedy Mary Lou?
Miała cztery miesiące. Nikt jej nie chciał, dlatego, że ona była ostatnia z miotu, mała, niewymiarowa. Dla mnie jest najpiękniejsza, wręcz idealna. Muszę powiedzieć, że Mary Lou jest na specjalnych prawach w domu.

Jakie to są prawa?
Mój pies… ja jestem pozbawiona wszelkich praw, on ma wszelkie prawa.

Pies jak kot?
Pies jak kot. Chodzi, gdzie chce. Robi, co chce. Znajomi są zbulwersowani, że nie ma żadnych rygorów, ale… mnie to nie wychodzi. Przecież to jest taka mała, śliczna kruszynka. Nie jestem za bardzo konsekwentna.

Śpi w łóżku?
Tak, śpi w łóżku. Ona chce być tam, gdzie my. To jest członek rodziny, po prostu.

Jakie macie rytuały oprócz spania w łóżku?
Rano robię sobie kawę, na piżamę zakładam co tam mam w szafie i idziemy na spacer. Kiedy mam więcej czasu, idę z suczką na godzinny nordic – walking. Można powiedzieć, że Mary jest najbardziej umięśnionym bichonem, spośród wszystkich mi znanych.

A czy było z nią związane jakieś zabawne wydarzenie, które mogłabyś opowiedzieć?
Z Mary Lou jest po prostu wesoło. Suczka dostarcza nam miłych wrażeń na co dzień, nie pozwala na gorszy nastrój. To jest taka rasa psa, która jest jak małe dziecko. Robi tysiąc min i strzyże łapami, 
jest to coś niespotykanego.

A jak Twoja córka Zosia? Zachwycona?
Stwierdziła, że Mary Lou to najpiękniejszy prezent. Nie ma dla dziecka lepszego towarzysza niż pies.

Co daje taka relacja z psem?
Jakbym powiedziała, że uczy obowiązkowości, to jest to bzdura. Żadne dziecko nie wychodzi z psem, ja przynajmniej nie znam takiego przypadku. Moja córka wychodzi jak są koleżanki, ale generalnie wychodzę sama. Więc na pewno nie uczy obowiązkowości. Pies uczy miłości – to jest taka bezinteresowna miłość. Te wpatrzone oczy… Wielka dawka przyjaźni. To jest bezcenne, nie do kupienia. Żaden z nas ludzi, nie potrafi tego oddać.


Rozmawiała: Dorota Szulc-Wojtasik
Zdjęcia: Magdalena Wiśniewska-Krasińska