Stan Borys – piosenkarz, kompozytor, aktor i poeta, autor książki „Daleko donikąd”. W 1965 współzałożyciel zespołu Blackout, od 1968 związany z formacją Bizony. Karierę solową rozpoczął w 1969, wydając swój pierwszy album. Zwierzęta były i są obecne w jego życiu od dzieciństwa. Obecnie opiekuje się, wspólnie ze swoją partnerką Anną Maleady, suczką Julką.


Czy miłość do zwierząt tkwi od urodzenia w każdym z nas, czy też jest to proces, który może zacząć się w każdym momencie życia?

Wychowywałem się wśród zwierząt domowych i użytkowych na wsi. Dzięki niektórym z nich udało nam się wraz z rodziną przeżyć po wojnie. W tamtych czasach żyło się skromnie, nie było wiele jedzenia, ale krowy dawały codziennie świeże mleko. Wtedy czułem silną więź z naturą, zwierzęta pomagały nam i były stałą częścią naszego życia. Po raz kolejny, już po wielu latach, kiedy mieszkałem pod Chicago, poczułem chęć i potrzebę posiadania zwierzaka. Postanowiłem przygarnąć psa ze schroniska. Udałem się więc tam, w poszukiwaniu nowego przyjaciela. Szukałem owczarka belgijskiego, nie znalazłem go. Na mojej drodze stanął doberman, którego nazwałem Ruff. To była miłość od pierwszego wejrzenia, z wzajemnością. Był bardzo młody, miał tylko rok. Od razu postanowiłem iść z nim na szkolenie. Psy wielu ras powinny odbywać adaptacyjne zajęcia na których uczą się posłuszeństwa i tworzą więź ze swoim opiekunem. Dobermany niestety nie żyją zbyt długo, ale Ruff był ze mną 7 lat. To wyjątkowe imię jest skrótem od imienia Raffian, które z kolei oznacza „awanturnik”. Bardzo do niego pasowało!

Czy istnieje jakieś wyjątkowe wspomnienie które łączy się z Ruffem?


Ruff uwielbiał siadać na kanapie. On wiedział, że nie wolno mu tego robić, dlatego też, starał się tam przesiadywać, kiedy wychodziłem wieczorami na koncerty. Przeczytałem jednak w jednej z książek na temat psychologii psów, jaki jest prosty sposób na oduczenie psa podobnych pomysłów. Otóż do słoiczka po witaminach, należy wsypać drobne monety i za każdym razem, kiedy pies dopuszcza się czynu zabronionego, rzucać w niego (tylko delikatnie!) owym słoiczkiem. Wtedy dana czynność będzie kojarzyła mu się z hałasem i nieprzyjemnymi odczuciami. I tak właśnie udało mi się zapanować nad uwielbieniem Ruffa do przesiadywania na mojej kanapie. Zawsze spał przy moim łóżku, nie potrafił zasnąć zanim nie zgasiłem światła i powiedziałem „good night”. Mam wrażenie, że każdego dnia dziękował
mi za to, że zabierając go z przytuliska od-mieniłem mu życie. Pewnego razu, kiedy przy-jechali do mnie znajomi z Polski, próbowali wydawać mu polecenia w języku ojczystym, jednak Ruff słuchał tylko moich poleceń w języku angielskim, nie przyjmował też smakołyków od nieznajomych. Byliśmy ze sobą wyjątkowo związani i bardzo mi go brakuje. Właściciel musi przeznaczyć sporo czasu żeby zapoznać się z psią psychiką i zrozumieć swojego czworonoga, dobrze jest też mieć kontakt ze specjalistami, którzy pod-powiedzą co zrobić w sytuacjach kryzysowych.

Jak w Pana życiu znalazła się Julka rasy shih tzu?

Julka jest można powiedzieć suczką zaadoptowaną, choć nie w typowym znaczeniu tego słowa. Stałem się jej opiekunem kiedy w moim życiu pojawiła się Ania. Razem z Anią i Julką, mieszkał także Markiz, czarny psiak, nierodzony brat Julki. Od czasu kiedy siedem lat temu przyjechali do mnie do Polski, jesteśmy razem. Julka odbyła ze mną w tym czasie wiele podróży samolotem. Podczas naszych podróży za ocean Stewardessy czasem bardziej dbają o nią, niż o mnie (śmiech).
Zabawna jest także legenda o powstaniu rasy Shih Tzu. Wielcy cesarzowie chińscy zwołali swoich medyków, prosząc o wyhodowanie psa obronnego i walecznego, medykowie stworzyli więc Chow Chow. Cesarzowa poprosiła z kolei o psiaka, który będzie przytulanką i będzie z nią sypiał w łóżku. I tak właśnie powstała rasa Shih Tzu, a co za tym idzie Julka. I tak faktycznie jest, ten mały futrzany psiak uwielbia z nami spać w łóżku!

Czy macie jakieś codzienne rytuały (poza leżeniem w łóżku oczywiście!)?

Przede wszystkim Julka jest niezwykle opiekuńcza, cały czas sprawdza czy wszystko w domu dzieje się w należytym porządku, oraz czy wszyscy czują się dobrze. Uwielbiamy wspólne spacery. Kolejną zaletą Julki jest jej dwujęzyczność. Wykonuje komendy zadawane w języku angielskim i polskim. Od początku kiedy ją poznałem, zawładnęła moim sercem, ale jednak można powiedzieć, że to Ania jest jej ukochaną mamą i zawsze to jej słucha bardziej ode mnie. Kiedy wychodzimy do kina, czy teatru, gdzie nie możemy zabrać Julci ze sobą, pada zdanie „idź jej powiedź” i wtedy któreś z nas musi pójść i powiadomić Julkę o tym, że będziemy wychodzić bez niej. Nie jest zadowolona z tego faktu, bo jak przystało na prawdziwą uptown girl z Nowego Jorku, uwielbia chodzić na wycieczki do miasta razem z nami.
Jak każdy prawdziwy mężczyzna rozpieszczam kobiety, tak więc ponieważ Julcia zalicza się do kobiet mojego życia, leży wyłącznie na brokatowych poduszkach.

Czy z Julcią związana jest jakaś wyjątkowa lub zabawna historia?

Julcia towarzyszyła mi w trakcie nagrywania piosenek na nową płytę. Kiedy wiele godzin każdego dnia spędzałem w studiu nagraniowym, zabierałem ją ze sobą. Nasza suczka była bardzo grzeczna i leżała w studiu, za szybą. Śpiewając patrzyłem na nią, a ona pokazywała ruchem główki czy jej się podoba dana piosenka (śmiech) – ale wolała siadać pod mikrofonem i słuchać. W ogóle jest to pies który kocha muzykę. Pewnego razu w Radomiu przed koncertem chciałem sprawdzić ile osób jest na widowni i czy możemy już zaczynać. Julcia wymknęła się z garderoby, postanowiła mieć swoje pięć minut i wyszła sama na scenę. Wszyscy widzowie byli zachwyceni, bili jej brawo i zrobiła mi w ten sposób wspaniały support.