Andrzej Zbigniew Krzywy – polski muzyk, znany głównie jako wokalista zespołu De Mono. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. W latach 1984-1987 występował w zespole Daab, najpierw jako gitarzysta, a później także wokalista. W 1987 roku związał się z De Mono, w którym śpiewa przez cały czas. W dorobku ma także solową płytę „Premiera” oraz album „Sędzia Dread” nagrany z muzykami z Daab pod szyldem Sędzia Dread. Kompozytor takich przebojów De Mono jak: „Kochać inaczej”, „Moje miasto nocą”, „Kolory” czy „Ostatni pocałunek”. W latach 2007-2008 roku był kapitanem drużyny w programie muzycznym „Singa Dinga” emitowanym przez TV Puls.
Od czerwca 2010 roku prowadzi swój autorski program „Krzywy Live” w Radio Złote Przeboje, do którego zaprasza znane gwiazdy muzyki rozrywkowej. Jego pierwszym gościem był Elton John. Obecnie, razem ze swoją żoną, Anną Domańską-Krzywy, opiekują się gromadką fantastycznych zwierzaków.


Czy zwierzęta były obecne w Waszym życiu od zawsze?
Andrzej Krzywy: W moim rodzinnym domu zwierzęta towarzyszyły nam okazjonalnie. Zazwyczaj były to bezpańskie koty, którymi opiekowaliśmy się z rodzeństwem. Mój ojciec zmarł, gdy miałem 10 lat, i ani finanse, ani warunki lokalowe nie skłaniały do tego, aby posiadać jakiegoś zwierzaka. Któregoś dnia moja mama stwierdziła jednak, że przygarnięcie pieska będzie dobrym rozwiązaniem. Pamiętam ogromną radość moją i trójki rodzeństwa. Zamieszkała z nami suczka o wdzięcznym imieniu Kama, która spędziła z nami wiele lat. Gdy Kama odeszła, moja mama nie chciała żadnego psa. Silne emocjonalne związanie z Kamą spowodowało, że bała się kolejnej konfrontacji ze śmiercią czworonoga, a przecież to nieuniknione, bo psy żyją krócej niż my.

Anna Domańska-Krzywy: Moim ukochanym psem, towarzyszącym mi już od wielu lat, a który też obecnie z nami mieszka, jest Fiodor, czyli przesympatyczny amstaff, który nie ma nic a nic z mordercy. Trafił do mnie, gdy miał 3 tygodnie. Poniekąd byłam dla niego jak matka. Kiedyś złamał bardzo poważnie nogę. Przeszedł wiele skomplikowanych operacji. Tak sobie myślę, że może doświadczenie bólu, choroby spowodowało, że jego charakter został „utemperowany”.


A jaka jest historia suczki rasy West Highland White Terrier?
A.K.: Była to Śnieżka, która stylizowała się na... skunksa (śmiech). Jak to robiła? Otóż chodziliśmy 
z nią do psiego fryzjera. Wychodziła spod jego ręki piękna, wyczesana... Ale taki stan nie trwał długo, bo czmychała czym prędzej pod brudny samochód i robiła sobie czarną pręgę na sierści.
A.D-K.: Ale nigdy jej za to nie strofowaliśmy.

A jak trafiały do Was pozostałe pieski?
A.K.: Muszę przyznać, że moja żona jest prawdziwą „psiarą”. Każdego psa, którego widzi, chce od razu przygarniać. Obok żadnego nie przejdzie obojętnie. One chyba też wyczuwają tę jej słabość w stosunku do nich i oczywiście dobre serce, bo dziwnym zrządzeniem losu bezpańskie psy zawsze trafiają w okolice naszego domu. Tak jakby wiedziały, że u nas zawsze otrzymają pomoc. One to po prostu wiedzą jakimś fenomenalnym, którymś tam zmysłem. Aniu, czy pamiętasz zabiedzonego boksera?
A.D-K.: Oczywiście. Znalazłam go koło naszego domu. Był bardzo wychudzony. Ponieważ Śnieżka stale go atakowała, mieszkał tymczasowo w łazience. Ale w niedługim czasie znalazłam dla niego dom na Mazurach. Ma się całkiem dobrze.
A.K.: Tak jak mówiłem, moja żona „przyciąga” psy w wyjątkowy sposób. Podobna historia była 
z Łatkiem. Gdy Ania wjechała autem do garażu, stwierdziła, że siedzi w nim pies. I nie były to omamy wzrokowe! Pies wbiegł do niego niepostrzeżenie, gdy żona parkowała samochód. Co zrobiła Ania? Ulitowała się nad nim, bo przecież był taki chudy. Pomimo że pies zdemolował garaż, a potem próbował „zjeść” pożyczone torby za kilka tysięcy złotych, wszystko zostało mu przebaczone. Został z nami. Teraz Łatek jest psem stróżującym – doskonale pilnuje domu.
Powiem więcej, Ania z powodu psa wstrzymała ruch na rondzie, gdy zobaczyła, że na jezdni leży jakieś zwierzę. Była to Rudka...
A.D.-K.: Tak, to prawda, Rudkę zauważyłam na ulicy w opłakanym stanie. Udało się ją uratować, 
a ona była nam za to bardzo wdzięczna. Była niezwykle mądra i inteligentna. Wydawało się, że 
w niektórych sytuacjach umie nawet pokonać prawa grawitacji, bo np. potrafiła przeskoczyć ze stołu na odległy blat kuchenny. Dlatego mówiliśmy o niej, że jest cyrkowym psem. Rudki z nami już nie ma. Podczas spaceru oddaliła się ode mnie i pozostałych psów, może przeczuwając jakieś niebezpieczeństwo, i pobiegła w stronę zarośli. W nich czaił się dzik, który ją zaatakował. Kto wie, jak skończyłaby się ta historia, gdyby nie Rudka? Może dzik zrobiłby nam krzywdę?
A.K.: Kolejnego pieska zastaliśmy w domu, gdy przyjechaliśmy z Anią z Australii. Naszym przyjaciołom oszczeniła się buldożka francuska, jedno ze szczeniąt powędrowało do naszego domu, ponieważ Ania w tajemnicy przede mną „zdalnie” zarządziła jej przyjęcie. Szczenię ma dziś 5 lat, wabi się Fifka i jest najwaleczniejszym z naszych psów. Podporządkowała sobie amstaffa, i gdy przyjdzie jej ochota, to nawet śpi na nim!
W niedługim czasie okazało się również, że „rękę do psów” ma nie tylko żona i teściowa, ale także córka. Aniu, opowiedz proszę o Lusi...
A.D-K.: Pewnego letniego popołudnia córka wróciła od przyjaciółki i powiedziała, że widziała, jak wzdłuż ogrodzenia pewnej posesji biegał szczur. Wydało nam się to nieprawdopodobne. Okazało się, że nie był to szczur, lecz malutki pieseczek. Potem dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi szukają opiekuna dla niego.
A.K.: Moja żona od razu wsiadła w samochód 
i razem z córką pojechały oglądać psiaka. Gdy wróciły, wyczułem, że ich jedynym marzeniem jest zaopiekowanie się „szczurkiem”. Pomyślałem: 
„O nie! Kolejny pies w domu?”, ale za namową Ani poszedłem go obejrzeć. Sąsiad mi mówił, że psiaczek jest taki malutki... jakby go wcale nie było. Nawet nie zauważę jego obecności w domu. 
W końcu stwierdziłem, że skoro faktycznie pies jest wielkości pilota od telewizora, to co mi tam, niech z nami będzie!
A.D.K.: Lucy, bo takie przybrała imię, jest najmniejsza z psiej gromadki. Fifka bardzo ją „trenuje”
– bawiąc się z nią, delikatnie ją poddusza.

Czy psy żyją ze sobą w zgodzie?
A.K.: Ostatnio była u nas niezła zadyma. Otóż najpierw ze swym ulubionym kocykiem przybył Fiodor. Kocyk był mu potrzebny do tego, aby rozpocząć ulubioną zabawę, czyli siłowanie się. Niebawem na kocyku zawisła Fifka. Lucy zobaczyła to i zaczęła szczekać na Fifkę, na co Fifka szalenie się zdenerwowała, porzuciła kocyk i rzuciła się na Lucy. Między psami doszło do takiego sprzężenia zwrotnego, że, na pierwszy rzut oka, niewinna zabawa przerodziła się w agresję. Zwierzęta uciekły pod telewizor, który zaczął się niebezpiecznie przechylać...
A.D.-K.: Ostatecznie musieliśmy interweniować. Rozdzieliliśmy psy, a Fifka poszła do karceru, czyli do psiarni (pomieszczenie przy domu – przyp. redakcji).

Macie jakieś wspólne rytuały, które cieszą zarówno Was, jak i czworonogi?
A.D.-K.: Takim rytuałem jest z pewnością codzienny spacer. Psy przyzwyczajone są, że wychodzimy około 9.00. Największy jest kłopot, gdy pada deszcz. Wówczas Fiodor smętnie gapi się w okno, a w jego oczach można wyczytać, że nie chce wychodzić z domu na taką pluchę...
Oczywiście po historii z dzikami i nieodżałowaną śmiercią Rudki, jestem teraz bardziej czujna, bo dziki wciąż pojawiają się w naszej okolicy.

Czy kontakt ze zwierzętami, ich obecność 
w domu, ubogaca Was?
A.K.: Oczywiście. Bez nich nasz dom byłby pusty.
A.D-K.: Dla mnie fascynujące jest to, że one potrafią rozgryźć nas-ludzi psychologicznie. To niesamowite, że umieją dostosować się do każdej domowej sytuacji.

O czym, według Was, powinien pamiętać każdy właściciel zwierzęcia?
A.D-K.: Biorąc do domu zwierzę, zawsze przypomina mi się cytat z „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupery: „Stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. I od tej reguły nie ma wyjątku!

Z tą całą ferajną jeździcie do lekarza weterynarii?
A.K.: Lekarz weterynarii przyjeżdża do nas. Pani Ewa jest tak wspaniała, że nie stanowi to dla niej żadnego problemu. Tak jest wygodniej i dla psów, i dla nas. Po co denerwować ludzi w poczekalni?


Rozmawiała i fotografowała
Dorota Szulc-Wojtasik