Radosław Brzózka

Radosław Brzózka – dziennikarz, reporter i prezenter telewizyjny. Swoją przygodę z mediami rozpoczął w lokalnej rozgłośni radiowej w rodzinnym Płocku, gdzie prowadził cotygodniowe audycje. Jego pasją jest również informatyka, którą studiował na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Przez pewien czas zajmował stanowisko programisty. Jednakże „miłość do mikrofonu” zaprowadziła go ostatecznie na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W roku 2000 nawiązał współpracę z Polskim Radiem. Do 2007 roku pracował w Polskim Radiu BIS jako reporter oraz prowadzący audycje dla dzieci i młodzieży. W latach 2002-2007 współpracował z TVP Polonia, natomiast od 2005 roku związany jest z TVP 1.

Proszę nam przedstawić swoich czworonożnych domowników.
Pierwszy był Magister, elegancki szary dachowiec, który ma już niecałe sześć lat. Po trzech latach pojawiła się Mona, która trafiła do mnie z hodowli jako pięciomiesięczne szczenię. Monę wybrała moja dziewczyna – Weronika. To właśnie więź, która łączyła Weronikę z jej suczką Fraszką, obudziła we mnie potrzebę posiadania psiaka

Muszę o to zapytać, dlaczego Magister?
Bo jest niesamowitym cwaniakiem. Nauczył się wielu ciekawych rzeczy, sam nie wiem kiedy! Podobnie jak większość kotów bardzo lubi wodę. Oczywiście nie kąpać się, lecz na nią patrzeć. To, że ona płynie, kapie, szumi jest dla niego absolutnie fascynujące. Otóż Magister zauważył, że gdy w wannie zakręci się wodę, to jeszcze przez pewien czas z kranu lecą pojedyncze kropelki. Brak kapiących kropelek oznacza dla niego koniec zabawy. W kociej główce powstało pytanie: czy można tym kropelkom pomóc, żeby choć jeszcze przez chwilę wydobywały się z kranu bądź z prysznicowego węża? Wpadł na pewien pomysł. Z premedytacją wskakiwał na wannę, łapką poruszał wężem, odwracał głowę i sprawdzał, czy woda zaczyna kapać. Jeśli tak, to była frajda na całego! Poza tym, robi wiele rzeczy, które wymagają pewnego kombinowania i sprytu. Na przykład to, że sam otwiera sobie drzwi, wieszając się na klamce, to dla niego rzecz na porządku dziennym. Ja też się już przyzwyczaiłem (śmiech).

A co Pan powie o Monie?
Mona jest taką indywidualistką artystką (śmiech). Powiedziałbym, że ma uduchowioną, artystyczną osobowość. W przeciwieństwie do większości beagli, nie jest bardzo towarzyska. Niektórzy twierdzą, że bezpośredni kontakt z nią jest dość trudny, ale to dlatego, że przy obcych, czy też nowo poznanych osobach czuje się bardzo niepewnie. Potrzebuje sporo czasu, żeby takiemu człowiekowi zaufać. Zauważyłem u niej trzy różne „wcielenia”: innym psem jest w domu, innym wśród nieznajomych, jeszcze inaczej zachowuje się na wolności. Kiedy czuje trawę czy piach pod łapami, wówczas jest najbardziej swobodna i naturalna. Jednak, tak jak wspomniałem, jest bardzo ostrożnym psem. Ma to także dobre strony, np. w domu, zostając sama nie wariuje i niczego nie niszczy. Zdarzyło się dosłownie kilka incydentów, kiedy pogryzła jakieś pojedyncze rzeczy. Natomiast nie miało to nic wspólnego z historiami, które nieraz słyszałem od właścicieli beagli, którzy po powrocie do domu zastawali istne pobojowisko. Mona czegoś takiego nie robi. Jest bardzo zrównoważoną, ułożoną beagielką, tyle tylko, że płochliwą. Za to uwielbia inne psy! I tutaj to ona głównie inicjuje różnego rodzaju zabawy. Co ciekawe, zdecydowanie jest fanką dużych ras. Nie lubi niczego, co jest poniżej jej rozmiaru, małe psy kompletnie ignoruje.

A jaki zatem jest jej stosunek do kotów?
Z Magistrem dogadują się naprawdę świetnie i często bawią się razem. Mona nauczyła się dla niego szczekać… bez szczekania! W związku z tym, że kot nie wydaje praktycznie żadnych dźwięków podczas zabawy, Mona też przyjęła taki zwyczaj. Podczas dokazywania psy, żeby zwrócić na siebie uwagę, czy wyrazić swoją ekscytację – szczekają, 
a ona robi to bezgłośnie! Godzinami potrafią się przewracać, ganiać. Magister jej ucieka, chowa się i znienacka atakuje. Jeżeli natomiast chodzi o obce koty, to gdy zmykają, Mona z przyjemnością je goni, natomiast jeżeli kot spokojnie siedzi, to nie wzbudza u niej najmniejszego zainteresowania.

Jak wyglądały początki ich wspólnego życia?
Pierwszy dzień był bardzo spokojny. Magister trochę się jej bał, więc obchodził ją szerokim łukiem, ona natomiast nie zwracała na niego szczególnej uwagi. Natomiast drugiego dnia kot już chyba zrozumiał, co to jest „to na czterech łapach” i że ona chyba zostanie, i wtedy trochę się wściekł. 
W związku z tym, postanowił pokazać jej, kto jest panem w tym domu i ją niespodziewanie zaatakował, gdy ta szła spokojnie po pokoju. Ani jej nie ugryzł, ani nie podrapał, ale przyłożył jej w pyszczek z otwartej łapy! Ona się wtedy bardzo wystraszyła i przez kilka godzin siedziała schowana 
w kącie, w kuchni. Ja stwierdziłem, że nie będę interweniował, bo w ten sposób ustala się jakaś hierarchia między nimi i one same muszą dojść do porozumienia. Jednak to był ten moment, kiedy Mona bardzo przygasła, zaczęła się go obawiać 
i przez następnych ładnych parę dni trzymała się od niego z daleka. Dopiero po kilku tygodniach nawiązała się między nimi w miarę równorzędna relacja. Zanim to nastąpiło, Magister cały czas dawał jej do wiwatu i pokazywał z żelazną konsekwencją, że to on jest tutaj szefem.

A jak Magister trafił do Pana?
Magister jest kotem „za 1 grosz”, którego wziąłem z ogłoszenia. Zresztą na początku były dwa koty. Drugim był Zenek, niestety jakimś cudem zwiał mi z czwartego piętra. To była przedziwna sytuacja, bo gdy wróciłem do domu, to wszystkie drzwi i okna były zamknięte, a kota nie było. Okazało się, że najprawdopodobniej przy silnym wietrze drzwi balkonowe otworzyły się. Magister został, a Zenek, który zawsze przesiadywał w pobliżu okna, jak tylko nadarzyła się okazja, to sobie poszedł. Nie mogłem go nigdzie znaleźć, nie pojawiły się żadne informacje o znalezionym kocie, nikt też nie zareagował na moje ogłoszenia… Widocznie czuł zew natury 
i wplątał się w okoliczne kocie towarzystwo.

Na pewno zdarza się Panu trochę podróżować. Czy zwierzęta Panu towarzyszą?
Kot zostaje w domu albo u mamy – w przypadku dłuższych wyjazdów. Natomiast Monę, jeśli tylko mogę, staram się ze sobą zabierać. Aczkolwiek nie za bardzo lubi podróżować, szczególnie z kierowcami, którzy nie do końca wiedzą, co to znaczy spokojna jazda. Okazała się jednak prawdziwą „hotelową dziewczyną”, więc nigdy nie miałem 
z nią żadnych problemów. Ostatnio, przy okazji mojego wyjazdu służbowego, byliśmy razem nad morzem. Dużo spacerowaliśmy po plaży i była bardzo szczęśliwa. Także, jeśli chodzi o nowe miejsca, nie ma problemów z adaptacją.

Czy zdarza się, że Magister i Mona rywalizują 
o Pana względy?
Magister nie jest w tej kwestii zachłanny. Z kolei Mona, gdy tylko zauważy, że głaszczę Magistra, od razu pcha się na kolana. Podejrzewam, że gdybym zamknął oczy i za chwilę je otworzył, to z pewnością ona siedziałaby już pod moją ręką (śmiech). Wyraźnie widać, że chce być najważniejsza. Magister jest bardziej subtelny i nie tyle potrzebuje fizycznego kontaktu, tylko po prostu lubi być 
w pobliżu. Czy to na biurku, przy którym pracuję, czy na regale, który jest tuż obok, a już na pewno, w pokoju, w którym przebywam.

A jaka jest podstawowa różnica między relacją z psem a relacją z kotem?
Pies, to takie zwierzę, które potrzebuje bliskości człowieka i faktycznie, gdzie się nie ruszę, to Mona musi być przy mnie, podczas gdy Magister raczej obserwuje z boku, co się dzieje. On ma swoje zabawki i swoje pomysły na zagospodarowanie wolnego czasu i ostatecznie robi, to na co on ma ochotę. Nie lubi jak się go trzyma na rękach, czy na kolanach. Po psie widać, że jest szczęśliwy, kiedy jest z człowiekiem, kot natomiast czuje się bardzo dobrze również sam ze sobą.

Mieliśmy okazję być na wspólnym spacerze 
i jestem pod wielkim wrażeniem, że sprząta Pan po swoim psie…
W warszawskim Wilanowie wszyscy bardzo dbamy o to, żeby było czysto. Kiedy rozglądam się i obserwuję innych właścicieli, to faktycznie większość zwraca na to uwagę.

Jak Pana zdaniem można wpłynąć na ludzi, żeby zaczęli to robić?
Myślę, że trzeba zacząć od siebie i tym samym dać przykład innym. To jest również kwestia otoczenia, bo jeżeli ludzie widzą, że dookoła jest ładnie, to dbają o to, żeby tego nie zniszczyć. Mam wrażenie, że ładna okolica implikuje nieco lepsze zachowania. Jeżeli wchodzimy, na brudne, zaniedbane podwórko, gdzie trawa jest wydeptana i rośnie kępkami, to nawet osoba wrażliwa może poczuć zwątpienie. A tutaj, jest duża szansa, że ludzie wychodząc na spacer, nawet jeśli za pierwszym, czy drugim razem nie posprzątają po swoich psach, widząc przykład innych mieszkańców, może się przełamią. Świetnym pomysłem było zainstalowanie specjalnych pojemników i dodatkowo zaopatrzenie ich w torebki, co jest dużym ułatwieniem dla właścicieli i jednocześnie zachęca do sprzątania. Oczywiście byłoby ideałem, gdyby wszyscy nagle zaczęli sprzątać. Ale nie zrażajmy się tym, że są tacy ludzie, którzy tego nie robią, natomiast pokażmy im, że my to robimy. Róbmy swoje, dajmy dobry przykład innym.

Dlaczego kochamy nasze zwierzęta?
Dla mnie najważniejsze jest to, że gdy wracam do domu, to widzę te dwie mordki, które na mnie czekają, zadowolone, że wreszcie wróciłem. Poza tym, niesamowita jest ich miłość, ogromne przywiązanie, pozytywne emocje, które nam przekazują, plus to, że jednak mobilizują nas do codziennych spacerów. Ja tego bardzo potrzebuję, bo jestem uzależniony od komputera i dużo czasu spędzam przed monitorem. Dlatego jak już widzę ten pyszczek, który koło mnie krąży i mówi mi, że to już czas, to mimo iż czasami bywa ciężko się zmobilizować, po powrocie zawsze mówię sobie, że było warto.

 

Rozmawiała Agnieszka Pieczerak
Fot. Dorota Szulc-Wojtasik