Agnieszka Suchora
Krzysztof Kowalewski

 

Agnieszka Suchora i Krzysztof Kowalewski uważają, że jeśli tylko można, trzeba próbować oszczędzić bezdomnym zwierzakom okrutnego losu i starać się im pomagać. Krzysztof Kowalewski znany jest głównie z licznych ról komediowych. Występował m.in. w filmach Stanisława Barei. Wcześniej aktor teatrów Klasycznego, Dramatycznego, Polskiego, Studenckiego Teatru Satyryków, Rozmaitości, Kwadrat obecnie Teatru Współczesnego w Warszawie. Znany również ze słuchowiska radiowego „Kocham pana, panie Sułku”. Od 2002 r. jest mężem aktorki Agnieszki Suchory, która w 1990 r. ukończyła studia na PWST 
w Warszawie. Od debiutu w roli Violi w „Wieczorze Trzech Króli” Williama Szekspira jest aktorką Teatru Współczesnego w Warszawie. Występowała także w Kabarecie Olgi Lipińskiej w TVP.

Mieszkają z Wami kotka Fredzia, pies Lepek 
i sunia Tula. Jak to się stało, że ich losy splotły się z Waszym życiem?

Agnieszka Suchora: Jeszcze dziesięć lat temu tak bardzo ceniłam spokój, wolność i wygodę, że nawet do głowy mi nie przyszło, aby mieć 
w domu zwierzęta. Później wszystko się zmieniło. Życie samo zweryfikowało moje poglądy, a ja stanęłam przed wyborami: zatrzymać zwierzaka czy nie?

Krzysztof Kowalewski: Najpierw trafił do nas kot. Nasza córka Gabrysia, wówczas 4-letnia dziewczynka, bardzo chciała mieć w domu zwierzątko. Zadecydowaliśmy, że możemy przyjąć pod swój dach kota. Koty, w przeciwieństwie do psów, nie wymagają tak wielkiej uwagi i nie trzeba wychodzić z nimi na spacer. Nasz przyjaciel z teatru – Jakub Kamieński i jego narzeczona – Blanka, która jest lekarzem weterynarii znaleźli dla nas maleńkiego kota, po którego pojechaliśmy do stajni. Zabraliśmy go do domu i nadaliśmy mu imię Fredzia.

Agnieszka Suchora: Pamiętam, że malutka Fredzia, wspięła się po Krzyśku, weszła mu na ramiona a potem na głowę. Tam zwinęła się 
w kłębek i zasnęła. (śmiech)

Krzysztof Kowalewski: Niestety nasza córka zmieniła zdanie i stwierdziła, że kot jej się nie podoba. Wówczas wytłumaczyliśmy jej, że decyzja o podjęciu opieki nad kotem była przemyślana, poważna i nie możemy już oddać Fredzi. Gabrysia to zrozumiała i w krótkim czasie, bardzo pokochała kotkę. Dlatego apelujemy, aby dorośli, na których często presję w sprawie posiadania zwierzaka wywierają dzieci, zanim wybiorą czworonożnego towarzysza, zadali sobie kilka konkretnych pytań. Powinny one dotyczyć stylu życia, dotychczasowych nawyków, możliwości mieszkaniowych i środowiskowych oraz zasobów emocjonalnych. Dziecko przecież nie jest tych spraw świadome!

 

A jak trafił do Was Lepek?

Agnieszka Suchora: Trzy lata temu usłyszałam szczekanie w ogrodzie. Myślałam, że to u sąsiadów. Wychyliłam się przez okno i zauważyłam, że coś czarnego „przeleciało” przez ogród. Wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam przerażonego psiaka. Nakarmiłam go i „wystawiłam” za furtkę. Kiedy wychodziłam z garażu, pies prawie rzucił mi się 
w ramiona, i miałam wrażenie, że chce powiedzieć: „Jesteś mi potrzebna. Kocham cię”. Cóż miałam zrobić? Zapakowałam go do auta i pojechaliśmy razem na zakupy. W drodze powrotnej kupiłam zapobiegawczo miski.

Krzysztof Kowalewski: Mieliśmy Fredzię i zastanawialiśmy się, czy zatrzymać psa. Agnieszka, wychodząc z nim na spacer pytała w okolicznych domach, czy komuś nie zgubił się piesek.

Agnieszka Suchora: Na pomoc wezwałam nawet moją serdeczną przyjaciółkę – Iwonę Dobrucką, która zrobiła zdjęcia i zamieściła je w Internecie. Chciałyśmy mu znaleźć nowy dom. Potem Iwona przyznała, że szukała nowego właściciela pozornie, bo czuła, że ten pies musi u nas zostać.

Krzysztof Kowalewski: Szukaliśmy, szukaliśmy 
i w końcu stwierdziliśmy, że psu nigdzie nie będzie tak dobrze jak u nas. I w ten sposób został z nami.

Agnieszka Suchora: Jak ocenił lekarz weterynarii, pies, którego najprawdopodobniej ktoś podrzucił nam w ogrodzie, miał jakieś 6-7 miesięcy. Nazwaliśmy go Lepek, bo uwielbia lepić się do ludzi. Z Lepkiem zaczęłam chodzić na spacery. Moim ulubionym miejscem stała się tzw. „psia górka” na warszawskim Ursynowie. Podczas naszych przechadzek poznałam fantastycznych ludzi: panie Eulalię Hallay i Ewę Golbę. Obie Panie od kilku lat starają się pomagać najbardziej potrzebującym czworonogom, dokarmiając je, szukając im domów. Zarówno Pani Eulalia, jak i Pani Ewa wielokrotnie doradzały mi w sprawie zwierząt, i zawsze były to niezwykle cenne oraz mądre wskazówki, za co im dziękuję!

 

Jaka jest historia Tuli?

Krzysztof Kowalewski: Tula trafiła do nas dzięki Pani Eulalii.

Agnieszka Suchora: Do Pani Eulalii przyszła dziewczyna, studentka weterynarii SGGW, z zapytaniem, czy nie przygarnęłaby psiaka. Dziewczyna, biegając w okolicy ursynowskiego supermarketu, zobaczyła wychudzonego zwierzaka. Zabrała go, ale niestety nie mogła go zatrzymać. Pani Eulalia opowiedziała mi tę historię. Wówczas pomyślałam, że skoro mamy już jednego psa, to możemy wziąć kolejnego! Piesek musiał jednak poczekać, bo w tym czasie opiekowałam się moją chorą mamą. Postanowiłam, że psa oddam na miesiąc do znanego mi hoteliku dla psów. W miarę możliwości odwiedzałam tam mojego podopiecznego i zabierałam na spacery. Nie chciałam, aby pies stracił ze mną kontakt. Moja mama szczęśliwie wyzdrowiała, a ja pojechałam po mojego czworonożnego przyjaciela. Byliśmy już ze sobą tak zżyci, że pies kiedy mnie zobaczył po prostu wskoczył do auta i pojechał ze mną do domu.

Krzysztof Kowalewski: Mimo, że Tula nie jest młodym psem, znacznie u nas odżyła, co niewątpliwie jest zasługą Agnieszki.

Agnieszka Suchora: Tula ma około 12-14 lat. U lekarza weterynarii przeprowadziliśmy kompleksowe badania. Suczka została wysterylizowana i zrobiliśmy u niej porządek z zębami, bo były w opłakanym stanie. Sunia szybko się do nas przyzwyczaiła. Podejrzewamy, że jej właściciel zmarł i nie miał się nią kto zająć. Starsze psy często doświadczają niesprawiedliwości życia. Dla domowych psów bezdomność i pobyt w schronisku po wielu latach bezpieczeństwa u boku swojego pana to prawdziwy koszmar! Drobne dolegliwości związane z wiekiem w warunkach schroniskowych nasilają się, powodują cierpienie 
i często przedwczesną, samotną śmierć. Jako słabsze, są źle traktowane przez inne psy, odpędzane od jedzenia, terroryzowane. Dlatego starsze psy często siedzą w kątach boksów zrezygnowane, nie przyciągając uwagi osób szukających psa do adopcji. Cieszymy się, że Tula jest z nami!

Kiedy bliżej przyjrzałam się sytuacji bezdomnych zwierząt w Polsce, stwierdziłam, że ich los jest dramatyczny. Brak systemowych rozwiązań, brak obowiązkowej sterylizacji zwierząt nieprzeznaczonych do hodowli, rejestracji, pseudohodowle – to niestety nadal polska rzeczywistość. Skutecznym i humanitarnym sposobem na zmniejszenie ilości bezdomnych zwierząt jest z pewnością zaprzestanie bezmyślnego rozmnażania. Nie rozumiem też ludzi, którzy przy wyborze psa kierują się „modą” na daną rasę, a przecież gdyby każdy człowiek, który chce mieć psa, zamiast go kupować na bazarze czy 
u hodowców, wziął zwierzaka ze schroniska, nie byłoby problemu, a przynajmniej nie na taką skalę.

 

Jaki charakter mają Wasze zwierzaki? Dobrze im razem?

Agnieszka Suchora: Fredzia to indywidualistka, ale bardzo do nas przywiązana. Ze mną i Krzyśkiem śpi w jednym łóżku. Przyznam, że nie zaśniemy dopóki Fredzia nie wróci do domu (jest kotem wychodzącym). Zdarza się, że chodzi na spacer ze mną i psami. Odbywa się to w ten sposób, że Fredzia podąża za nami w odległości 5 metrów. (śmiech)

Lepek to dobry chłopak ze skłonnością do łobuzerki. Lubi się bawić i doskonale pilnuje domu. 
Z kolei Tula jest samą łagodnością. Codziennie ofiaruje nam swoją lojalność i miłość.

Krzysztof Kowalewski: Kot jak to kot – chodzi własnymi drogami. Lepek przyjął Tulę bardzo dobrze. Mimo że Tula zaanektowała jego posłanie, pogodził się z tym bez większego problemu. Generalnie zwierzaki żyją ze sobą w zgodzie.

 

Podróżujecie z nimi?

Agnieszka Suchora: Nasze psy uwielbiają jazdę samochodem. Jeździmy z nimi do Sopotu i do naszego domku na Mazury. Oczywiście dbamy o to, aby podczas podróży zapewnić im odpowiednie zabezpieczenie. Na co dzień dużo czasu spędzają w ogrodzie. Zrobiłam dla nich specjalne szwedzkie domki, ale nie chcą z nich póki co korzystać. Naprawdę zachodzę w głowę: dlaczego?

 

Rozmawiała i fotografowała
Dorota Szulc-Wojtasik