Olga Bończyk

 

Olga Bończyk – aktorka teatralna i filmowa, uznanie szerszej publiczności zdobyła dzięki roli doktor Edyty w popularnym serialu „Na dobre i na złe”. Na stałe współpracuje z teatrami warszawskimi, koncertuje w całej Polsce. Z powodzeniem prowadziła w TVP 2 program „Smaczne Go!”, w którym udowodniła, że można ugotować smaczne danie w zaledwie kilka minut. Obok działalności artystycznej, aktorka chętnie przyłącza się do akcji, które poprzez swoją działalność skutecznie pomagają potrzebującym. W październiku 2006 r. została ambasadorem projektu „Dźwięki Marzeń”, którego celem jest rehabilitacja dzieci z wadą słuchu.

Zwierzęta w Twoim domu?

Odkąd pamiętam w domu mieliśmy koty, które moja mama przygarniała i dokarmiała. Przychodziły, aby się najeść, a potem szły na podwórko.

Moim pierwszym „stałym” zwierzakiem był pies Bartek. Zwracam uwagę, że wszyscy moi czworonożni podopieczni mieli i mają ludzkie imiona, co oznacza, że są pełnoprawnymi członkami rodziny, traktowanymi zupełnie na poważnie. Bartek towarzyszył mi przez 14 lat. Przeprowadził się nawet ze mną z Wrocławia, z którego pochodzę, do Warszawy. Niestety dotknęła go straszna choroba, która atakuje także ludzi – zmarł na raka.

Jaki był Bartek?

Bartka wzięłam z wrocławskiego schroniska. Był czarną, kudłatą „mieszanką”. Znałam jego matkę, która była srebrną pudelką, a on wyrósł na czarnego sznaucero-pudla. Nie posiadam umiejętności dyscyplinowania psów, dlatego mój Bartek był nieco rozpuszczony. Niekiedy miałam wrażenie, że to on rządzi mną, a nie ja nim. Na całe szczęście sytuacje, w których musiałam wybierać „ja” lub „on” zdarzały się rzadko, gdyż generalnie mój piesek miał bardzo łagodny charakter. Traktowałam go wręcz jak własnego syna.

Wychowywał się z innymi zwierzakami?

Mój pierwszy mąż miał kota Lucjana. Kiedy się pobraliśmy, trzeba było zwierzęta połączyć, i choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, to dość szybko udało się je zintegrować. Posiadam nawet takie sympatyczne zdjęcie, na którym pies i kot wspólnie śpią w koszu, będącym posłaniem Bartka.

Kota Lucjana, który także nie żyje od dwóch lat, również wspominam bardzo ciepło. Był kotem 
z prawdziwym „kocim” charakterem, bo zawsze chodził własnymi drogami. Lucjan przypominał dostojnego kota z bajki „Przygody kota Filemona”. Był uosobieniem dostojeństwa oraz stoicyzmu. Kiedy przychodzili do nas znajomi ze zwierzętami, nie reagował; zdawało się nawet, że jego spojrzenie mówi: „Noooo tak, coś przyszło, to pewnie zaraz sobie pójdzie”. Aż pewnego dnia spod Żelazowej Woli, gdzie nasi przyjaciele budowali domek letniskowy, przywieźliśmy do domu małego, czarnego kociaka. Lucjan ostentacyjnie informował nas o tym, że to nie jest najlepszy pomysł. Po dwóch tygodniach zrozumiał jednak, że nowy lokator – o imieniu Kazio, nadal z nami jest i w tej sprawie już raczej „klamka zapadła”... Lucjanowi nie pozostało nic innego, jak przybrać lekceważący stosunek do świata. Od tamtej pory nasz dom przypominał sceny z popularnej kreskówki dla dzieci, opowiadającej o przygodach dwóch kotów – starego, doświadczonego Bonifacego, oraz Filemona – małego, naiwnego kotka, ciekawego świata. Czasami Lucjan dawał się namówić na wspólną przebieżkę po domu, ale nigdy nie harcował. Potem w naszym domu zamieszkał czarny, wielki pies Bouvier, który fantastycznie zaprzyjaźnił się z Kaziem. Kiedy Kaziu wracał ze swych kocich wędrówek, pies już na niego czekał, by przytrzymać go swoimi łapami i ... wylizać mu kark. Kaziu, cały mokry, czym prędzej uciekał. Myślę, że lubił jednak tę oryginalną pieszczotę.

A jak trafił do Ciebie kot Stefan?

Był taki czas w moim życiu, kiedy zamieszkałam sama z Lucjanem. Lucjan był wówczas starszym kotem, dla którego nie szukałam towarzystwa. Po jego śmierci długo odczuwałam pustkę. Nie dziwiło mnie to, bo przecież spędziliśmy ze sobą 15 lat. Pewnego dnia od zaprzyjaźnionej dziewczyny 
– Olgi dostałam maila, z zapytaniem, czy nie zechciałabym przygarnąć kota. Ja jednak nie byłam pewna, czy jestem już gotowa. Olga nie dawała jednak za wygraną. Pisała, że jeśli nie wezmę tego kociaka, to na pewno trafi do schroniska, bądź w niezbyt pewne ręce. Żeby mnie przekonać, wysłała nawet zdjęcia. Zobaczyłam na nich ślicznego, biało-rudego kota. I choć do tej pory wszystkie moje zwierzęta, dziwnym zrządzeniem losu były czarne, to miałam wrażenie, że ten „kolorowy” kot, spoglądający zadziornie z fotografii, jest właśnie dla mnie. Otworzyłam swoje serce, 
a niebawem i drzwi swojego mieszkania dla kolejnego zwierzaka. Kot, czyli Stefan, trafił do mnie we wrześniu, z nadanym już imieniem i nie przyszło mi do głowy, żeby je zmieniać. Stefan to piękne imię... Jesteśmy już razem 1,5 roku.

Twoje zwierzaki to znajdy. Dlaczego?

Uważam, że to zwierzaki nas wybierają. Po prostu trafiają do nas w odpowiednim momencie i miejscu. Myślę, że wszyscy moi podopieczni wyczekiwali właściwego czasu, aby znaleźć się właśnie w moim domu. Dlatego nie bez kozery mówi się, że to koty mają nas, a nie my koty. I coś w tym jest. Nie potrafiłabym pójść ot tak po prostu do hodowcy i kupić zwierzaka, tak jak kupuje się na przykład sprzęt elektroniczny.

Kim dla Ciebie jest Twój obecny pupil?

Ponieważ nie posiadam własnych dzieci, z pewnością Stefana traktuję jak własne potomstwo, przelewając na niego wszystkie uczucia... Stefan oddaje mi to 
z nawiązką, dlatego moje przywiązanie do mojego kota jest ogromne i wierzę, że z wzajemnością.

Jaki jest Stefan?

Budzi mnie codziennie rano. Domaga się, abym 
w końcu otworzyła oczy. Stefan – jak to kot – nie zna się na zegarku (choć podejrzewam, że to kwestia czasu), i gdy oszacuje, że wystarczająco długo już spałam, ogląda mnie z każdej strony, aż w końcu łapką delikatnie dotyka mnie w czoło, nos lub każdą wystającą spod kołdry część ciała, sprawdzając, czy aby na pewno to ja, i czy nie udaję, że śpię... Kapituluję... Czasem żartuję, że następnym razem pod łóżkiem będzie miał kij bejsbolowy. Potem idziemy przygotowywać śniadanie. Stefan obserwuje wszystkie czynności, mrucząc ociera się o mnie, by pokazać mi swoje szczęście. Ja potem idę do łazienki, lecz Stefan już kilka minut później jest przy mnie ze swoja piłeczką, oczekując wspólnej zabawy... Cóż, staram się połączyć mycie zębów, wklepywanie kremów z jednoczesnym rzucaniem piłeczki. Choć to trudne, wiem, że to nasz codzienny rytuał i trudno nie uśmiechnąć się rano do tego małego terrorysty, który z taką konsekwencją wymusza na mnie swoje zabawy. Innym razem, kiedy wstaję bardzo wcześnie, kot podnosi łebek i wydaje mi się, że mruczy: „Kobieto, która godzina? Wracaj do łóżka”. Przyznaję, Stefan śpi ze mną, choć w jego przekonaniu, to ja śpię 
z nim w jego łóżku.

Co lubi Stefan?

Stefan świetnie aportuje piłeczkę. Wiem, że to niewiarygodnie brzmi, ale mój kot aportuje, zgrabnie rzucając piłeczki pod moje nogi. Trudno mu odmówić, skoro wytrwale biega po domu i za każdym razem je przynosi. Tej zabawy nauczył go mój znajomy Tomek, który podczas odwiedzin rzucił piłeczkę, i od tamtej pory Stefan rozkochał się 
w tej zabawie. Kudłata, grzechocząca piłeczka jest najlepszą zabawką mojego kociaka. Zabawki te mają to do siebie, że często wpadają pod meble. Wówczas Stefan pokazuje, skąd mam je wydostać.

Czy Stefan jest kotem wychodzącym?

Tak, Stefana wypuszczam na zewnątrz, ale robię to z ciężkim sercem. Początkowo przyrzekałam sobie, że nie będzie wychodzić z domu. Ale on wyraźnie tego potrzebował. Raz nawet wyskoczył z tarasu. Oczywiście nic mu się nie stało, bo mieszkamy na pierwszym piętrze, ale był to sygnał dla mnie, że nie mogę mu tego zabronić. Teraz wychodzi, ale tylko latem i pod warunkiem, że jest ładna pogoda. Nauczyłam go też wracać do domu. Kiedy przychodzę, a jego wciąż nie ma, wówczas po prostu wołam go po imieniu. Wszyscy sąsiedzi mnie słyszą. I to się sprawdza – do tej pory nie zdarzyło się, aby nie przyszedł. Jeśli wraca pod moją nieobecność, to tak długo miauczy pod klatką, dopóki moja przyjaciółka, która mieszka obok, nie wpuści go do mieszkania. Niekiedy sąsiedzi otwierają drzwi wejściowe i Stefan oczekuje mojego przybycia na klatce schodowej.

Czy zabierasz swojego czworonoga na urlop?

Staram się zaoszczędzić mu niepotrzebnych podróży. Raz mi się zdarzyło zabrać go na Mazury, ale był bardzo zestresowany jazdą samochodem. Będę więc to robić tylko wtedy, gdy nie będę miała innego wyjścia. Na razie, gdy jestem 
w podróży, dogląda go moja przyjaciółka, i robi to z wielkim sercem.

A co z wizytami u lekarza weterynarii?

Mój kot jest wykastrowany i regularnie odrobaczany. Generalnie cieszy się dobrym zdrowiem. Problemem jest dla mnie dojazd do kliniki, bo jak już wspomniałam jazda autem go stresuje.

Dlaczego Twój kot jest wyjątkowy?

Bo „gada”. Wciąż „gada”. Jest najbardziej „gadatliwym” kotem, którego miałam.

 

Rozmawiała Dorota Szulc-Wojtasik
Fot. Olga Bończyk i Aleksandra Wojtasik