Artur Barciś

Artur Barciś – aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i dubbingowy. Od 2008 roku wykładowca w Szkole Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich. Bardzo wszechstronny, sprawdza się zarówno w rolach komediowych, jak i dramatycznych. Debiutował niewielką rolą u Jerzego Hoffmana. W latach 80-tych występował w serialach „Lato leśnych ludzi”, „Pan na Żuławach”, „Siedem życzeń”, „Zmiennicy” Stanisława Barei. W latach 1998-2004 zasłynął z roli Tadzia Norka w popularnym serialu „Miodowe lata”, gdzie występował 
w duecie z Cezarym Żakiem.

Podobno uwielbia Pan gotować...?
Tak, to prawda. Myślę, że każdy lubi robić to co mu, że się tak wyrażę, wychodzi i pewnie dlatego lubię kuchnię. Od dziecka lubiłem pitrasić i tak mi już zostało. Niestety, jeśli chodzi o zwierzęta, to choć wiem, że nie powinienem, zawsze im coś tam wrzucę do żebrzących pyszczków. Kot jak usłyszy, że rozbijam jakieś mięso tłuczkiem, natychmiast jest przy mojej nodze. Nie potrafię odmówić.

Internet też jest Pana pasją? Posiada Pan bardzo ciekawą witrynę internetową Barcis.pl.
Od czasu do czasu coś tam napiszę, ale tylko wtedy kiedy naprawdę mam coś do powiedzenia. Raz w miesiącu piszę felieton, a prawie codziennie jestem na forum. To takie moje okno na świat. Każdy, kto chce mnie bliżej poznać, może w to okno zajrzeć.

Czy na planie zdjęciowym miał Pan okazję pracować ze zwierzętami?
Oczywiście. W serialu „Odlot” grałem z psem, 
w „Siedmiu życzeniach” z kotem, w „Miodowych latach” z osłem, w „Ranczu” i „Doręczycielu” znowu z psami, a w „Braciszku” nawet z kaczkami i gęsiami.
Pamiętam, że kiedyś kręciliśmy scenę, podczas której długo oczekiwałem na przystanku na swoją narzeczoną. Ona jednak nie przyjeżdżała. Nagle pojawił się duży, czarny, kudłaty pies. Zacząłem improwizować. Kiedy wracaliśmy późną nocą do hotelu reżyser był wściekły. Asystentka zapytała go, czy jest zadowolony ze zdjęć, na co on odpowiedział: „Pies był dobry!”. Byłem wówczas po drugim roku studiów i słowa te strasznie mnie ugodziły. Ostatecznie okazało się, że „przystankowa scena” wypadła bardzo dobrze, a reżyser mnie przeprosił.

A ile zwierzaków jest w Pana domu?
Jeszcze jakiś czas temu odpowiedziałbym, że trzy psy, kot i reszta, która mieszka w ogrodzie. Niestety, jamniczka Inka, która wystąpiła wraz 
z panią Dorotą Sumińską w programie TVN, już sobie poszła do psiego nieba. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, ale nie dało się jej uratować. Miała już 14 lat, ale była z nami od samych narodzin i bardzo przeżyliśmy jej śmierć. Teraz jest 
z nami jej matka – Neska, 3-letnia jamniczka Laura oraz kot Pędzel. Nie liczę wszystkich zwierząt, które mieszkają w naszym ogrodzie, jak np. ropucha Jadwiga.

Skąd się one wzięły?
Neska była prezentem dla naszego, 7-letniego wówczas, syna. Marzył o swoim psie, a my wiedzieliśmy, że kontakt dziecka ze zwierzęciem uczy odpowiedzialności. Wiedział, że pies, to nie tylko zabawa, ale również obowiązki, czyli np. wyprowadzanie na spacer. Mieszkaliśmy wtedy w śródmieściu Warszawy i wyjście z psem do parku, wiązało się z pewnymi trudnościami, ale rzadko się zdarzało, że to ja, a nie Franek wyprowadzał Neskę na siusiu.

Jakie są relacje między pupilami?
Fantastyczne! Laurka jest np. zakochana w Pędzlu. Niestety, jest to miłość nieodwzajemniona, bo kot od zawsze jest raczej singlem i nawet mnie jako panu domu rzadko udaje się wkraść w jego łaski, ale zdarza się, że pozwala się Laurce poprzytulać. 
W życiu nie widziałem tak szczęśliwego psa. Neskę, która jest dla Laurki babcią, traktuje z należnym szacunkiem, choć jakoś szybko o nim zapomina, gdy opróżni swoją miskę, a babci jeszcze zostanie to i owo.

Czy jeździ Pan ze swoimi podopiecznymi na wakacje?
Moje zwierzaki mają wakacje przez cały rok, bo ogród jest spory, a jeśli my gdzieś wyjeżdżamy zajmuje się nimi nieoceniona mama Ala, czyli moja cudowna teściowa.

A wizyty u lekarza weterynarii ze zwierzakami to Pana domena?
Wszyscy domownicy są zdania, że profilaktyka jest najważniejsza. Dlatego regularne wizyty u lekarza weterynarii z naszymi czworonogami są oczywistością. Dbamy o to, aby zwierzaki były regularnie szczepione, we właściwy sposób karmione i oczywiście chronione przed kleszczami. Do tej pory nie zaliczyliśmy większej „wpadki zdrowotnej”. Raz tylko mieliśmy bardzo alarmową sytuację, gdy nasza Inka, o której mówiliśmy „pies-odkurzacz”, zjadła trutkę na ślimaki, którą moja żona rozsypała w ogrodzie. Ów specyfik, który miał być nieszkodliwy dla zwierząt domowych, okazał się wręcz śmiertelny. Na szczęście bardzo szybka interwencja lekarza weterynarii pomogła.

Artura Barcisia możemy zobaczyć m.in. w Teatrze Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie, gdzie pracuje również jako reżyser.

 

 

 


Sam o sobie...
Imię – Artur. Nie mam drugiego, rodzice nie dali. Może uznali, że to (w 1956 roku w małej wsi Kokawa pod Częstochową) jest i tak oryginalne i wystarczy za dwa. Lubię swoje imię.

Nazwisko – Barciś. Nie bardzo wiadomo skąd się wzięło, ale odnalazłem kiedyś przypadkowo miasteczko we Włoszech o podobnej nazwie, BARCIS 
i uknułem dla kolorowych pism historyjkę o tym, że mój ród wywodzi się 
z Włoch. A może to prawda?

Rodzina – Żona Beata, syn Franek, psy, a raczej suki Nesca i Laura, oraz kot Pędzel. Do rodziny należą również niezliczone ilości wszelkiej maści owadów (poza komarami i meszkami), płazów (żaby) i gadów (ostatnio zamieszkał zaskroniec), ptaków i innych zwierząt, o których nie wiem, a które również mieszkają w moim domu i ogrodzie.

Zawód – Jest obok rodziny, sensem mojego życia. Ma wiele odcieni. W większości to barwy radosne i wesołe, ale jest też miejsce na ciemną stronę mocy.