Sylwia Wysocka jest aktorką teatralną i filmową. Występowała w teatrach warszawskich: Kwadrat, Na Woli,  Narodowy, Syrena. Ostatnio pamiętamy ją z serialu Plebania, gdzie wcieliła się w rolę lekarki Barbary Wojciechowskiej.

Jakie miałaś doświadczenia ze zwierzętami w swoim życiu?
Od zawsze zwierzęta były wokół mnie. Razem z rodzicami mieliśmy wielką pasję przygarniania psów i kotów. To był dla mnie spory obowiązek, ale starałam się mu sprostać. Kiedyś pomaganie bezdomnym zwierzakom wcale nie było takie oczywiste. Wałęsające się po ulicach czy parkach gromady psów pamiętam z dzieciństwa. Na szczęście teraz jest tak duża świadomość społeczna, przynajmniej w miastach, że zawsze znajdzie się ktoś, kto interweniuje, zawiadamia schronisko czy jakąś zwierzęcą fundację, gdy jakiś psiak błąka się samotnie.

Czy uważasz, z perspektywy czasu, że taki dom pełen zwierzaków był szczęśliwy?
Myślę, że to niezwykle buduje wrażliwość na wszystko, co się dzieje wokół. Niektórzy na przykład nie do końca rozumieją moje empatyczne zachowanie w stosunku do zwierząt, sposób, w jaki o nich mówię – jakbym była z innej bajki. Wydaje mi się, że ludzie, którzy kochają zwierzęta są lepsi (śmiech). Taka wrażliwość przenosi się przecież na postrzeganie również ludzi, powoduje głębsze spojrzenie na drugiego człowieka. Od lat pomagam mamie na działce, która jest na wsi. Nie mogę zrozumieć jak ludzie traktują tam zwierzęta. To jest tym bardziej smutne, że żyją z nimi od zawsze.

Opowiedz nam o swoim psie.
Pucek ma teraz 9 lat. Pojawił się niespodziewanie na naszej wiejskiej działce, jak był trzymiesięcznym szczeniaczkiem. Okazało się, że to jeden z pracowników remontujących domek rodziców, widząc jak kochają zwierzęta, podrzucił go w najlepsze miejsce, jakie mógł znaleźć. Przyznał się do tego po pewnym czasie. Bacznie obserwował adaptację Pucka i był zachwycony swoim pomysłem. Miał pewność, że pokochaliśmy Pucka z wzajemnością. Podobno teściowa tego pana, zbierając grzyby w lesie znalazła przywiązaną do drzewa suczkę w ciąży. Oczywiście przygarnęła ją, a gdy urodziły się małe rozdawali je dobrym ludziom, jak widać czasem w podstępny sposób.

Skąd się wzięło to imię?
Wszystkie psy, jakie kiedykolwiek miałam to były Pucki. Gdy byłam małą dziewczynką czytałam lektury szkolne Jana Grabowskiego: „Puc, Bursztyn i goście” i „Reksio i Pucek”.  Te pełne ciepła i humoru historyjki o psiej przyjaźni i przygodach z innymi zwierzętami dawały mi mnóstwo radości. Dzięki tym opowiadaniom stałam się baczną obserwatorką otaczających mnie zwierząt. Psi bohater tych książek, Pucek, był oczywiście moim ulubieńcem.  Od tamtej pory nie ma w naszej rodzinie dylematów dotyczących wyboru imienia dla pojawiającego się w domu nowego czworonoga – zawsze to jest Pucek.

Jaki jest Pucek?
Pucuś jest cudownym czarnym kundelkiem o krótkich nóżkach. Nigdy nie był na żadnym szkoleniu, ale jest bardzo dobrze wychowany. Na naszej działce jest ogromna przestrzeń. Nigdy nie załatwia swoich potrzeb fizjologicznych gdzieś pod krzaczkiem. Cierpliwie czeka aż wyjdziemy na spacer. Pucek uwielbia tam jeździć, tak jakby wracał do domu dzieciństwa. Odżywa, jest pełen energii i radości. Zachowuje się jak pan na włościach. Wszystkiego pilnuje i czuje się potrzebny. Ma pod kontrolą nawet sowy zamieszkałe na pięknym starym świerku i okoliczne wiewiórki. W mieście nie jest już tak różowo. Wie, że musi dużo czasu spędzać sam i niestety czekać cierpliwie na powrót pani. Uwielbia się przytulać, być głaskanym i pieszczonym. Oczywiście wszystkie kanapy i fotele są dla niego najlepszym miejscem do wylegiwania się. Czasami rozmawiamy; on po swojemu, a ja po swojemu. Jest kochanym i bardzo mądrym psem.

Rozmawiała i fotografowała
Dorota Szulc-Wojtasik


Sklepy Aquael Zoo wspierają 
program Dobra Adopcja