Dominika Szumska z Warszawy przekonuje, że warto mieć psa. Nieważne, czy jest on duży, średni, czy nawet bardzo malutki. Jednak te przygarnięte kochają wyjątkowo i są bardzo przywiązane.

Zawsze towarzyszyli Ci czworonożni przyjaciele?
Gdy byłam małą dziewczynką, szczyciłam się tym, że moim nieodzownym kompanem był przesympatyczny jamnik. Późniejsze, już bardziej świadome wybory, kierowały mnie raczej ku psom rasowym. Byłam właścicielką zarówno wilczarzy irlandzkich, jak i yorków. A później nastała era kundelka! Obecnie mam bardzo rasowego yorka 
i bardzo nierasowego kundelka.

W jaki sposób trafił do Ciebie pierwszy z kundelków? Bo raczej nie był to, jak już wspomniałaś, zamierzony wybór?
Wiesz, ja uważam, że niejednokrotnie psie istnienia same nas znajdują. Tak było w przypadku „wieloowocowej” suni, o wdzięcznym imieniu Pepsi. Otóż w okolicach Wielkiej Nocy zadzwoniła do mnie koleżanka, mówiąc, że do kontenera na śmieci został wrzucony piesek. Oczywiście natychmiast zareagowałam. W osiedlowym śmietniku, wśród sterty śmieci i nieczystości, odnalazłam suczkę, która w dodatku cała była oblepiona smołą. Wzięłam ją do domu i zaopiekowałam się nią. Nawet nie przypuszczałam, że Pepsi stanie się wierną towarzyszką dla mojego wilczarza, też suczki, o imieniu Ikaria...

Stanowiły zgrany duet?
Były wspaniałymi kumpelkami, choć wyglądały razem prześmiesznie: Pepsi malutka, ważąca ok. 12 kg, a obok niej, potężny, 60-kilogramowy wilczarz. Obie były strażniczkami snu mojego malutkiego wówczas dziecka. Gdy tylko się budziło, one mnie o tym czym prędzej informowały. Po kilku latach przekonałam się, że i psu może pęknąć serce z miłości. Gdy odeszła Ikaria – niestety psy dużych ras nie żyją zbyt długo – w kilka dni po niej odeszła również Pepsi.

A o drugim kundelku także zadecydował los?
Po przeprowadzce do miasta, postanowiłam, że będę wielkomiejską damą i zachowam tylko yorka. Ale los lubi płatać figle! Pamiętam, że była zima, którą częściowo spędzałam w domu na Mazurach. Wówczas zaczęła przychodzić do nas regularnie suczka, którą już widziałam podczas naszych wcześniejszych bytności. Była pełna psiej dystynkcji: dostawała jedzenie na tarasie i pomimo naszych zachęt nigdy nie chciała wchodzić do środka. Okazało się, że suczka była w ciąży, a niebawem powiększone gruczoły mlekowe jednoznacznie wskazywały na to, że została matką. Ale gdzie były szczeniaki, tego nie wiedział nikt. Wspólnie z koleżankami dokarmiałyśmy ją, ale ona nie chciała nam zdradzić swojej tajemnicy. 
Aż któregoś razu, gdy temperatura powietrza spadła do około minus 20°C, suczka zaprowadziła jedną 
z moich koleżanek do miejsca, gdzie były ukryte pieski. Znajdowały się pod przewróconą łódką. Było ich pięć! Opiekowałyśmy się suką i jej dziećmi, ale wkrótce trzeba było wracać do Warszawy. Pow-stało pytanie: kto zaopiekuje się całą gromadką?

Domyślam się, że byłaś to Ty. Nie bałaś się tak dużego zobowiązania?
Ostateczną decyzję podjęła moja córka, do której zatelefonowałam i opowiedziałam całą historię. Sunia i cały miot (dwóch samców i trzy samiczki) znalazły się w Warszawie. A moje marzenie o byciu damą z yorkiem odeszło w zapomnienie (śmiech). Zaczęła się harówka. Po okresie, kiedy sunia sama karmiła, myła, czyściła pieski, nastał czas intensywnego dyżurowania przy nich. Pamiętam, że każdy dzień zaczynał się od sprzątania, wymiany podkładów higienicznych i karmienia. Po jakimś czasie znalazłam dla piesków dobre, sprawdzone domy. Odetchnęłam.

I gdzie teraz przebywają pieski?
Suczka-matka trafiła do mojej mamy. Pomiędzy nimi nawiązała się fantastyczna nić porozumienia. Twierdzę nawet, że suczka i mama spotkały się 
w dobrym momencie, bo mojej mamie zmarł mąż 
i czuła się bardzo samotna. Odnoszę wrażenie, że to moja mama bardziej potrzebowała psa, aniżeli pies mojej mamy... Jeden ze szczeniaków został 
u mnie, a kolejny (suczka) znalazł dom u mojej córki. W ten oto sposób wszystko zostało w rodzinie! Pozostałe trzy pieski wzięli znajomi i przyjaciele.

Za co kochasz zwierzęta?
Mojego kundelka Baxtera Szumskiego głównie za to, że jest pełen miłości i wymaga ogromnej atencji. Jest psem o tęsknej, romantycznej duszy. Przypomina mi Byrona... A wszystkie pozostałe zwierzaki kocham za lojalność i oddanie w każdym dniu i w każdej minucie. Za to, że wyczuwają w niewiarygodny sposób nasze ludzkie nastroje. Ich los jest w naszych rękach od pierwszego do ostatniego oddechu, i nie można tego wykorzystywać. Dzięki zwierzętom bardziej polubiłam siebie. Cieszę się, że wtedy na Mazurach stanęłam na wysokości zadania i wzięłam psią gromadkę do Warszawy. Poza tym uwrażliwiłam się – widzę ostrzej, wyraźniej cierpienie zwierząt.

Rozmawiała i fotografowała
Dorota Szulc-Wojtasik