Agnieszka Sitek – absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie. Gościnnie występowała w teatrze w Bydgoszczy i Komedia w Warszawie. W popularnej telenoweli „Złotopolscy” grała Weronikę Gabriel, pamiętną żonę Waldka, mamę bliźniaków i młodszą gospodynię w złotopolickim dworze. Jej wielki sukces to rola w czeskim filmie „Zabić Sekala”, za którą w 1998 roku otrzymała nagrodę za rolę drugoplanową i najlepszą rolę kobiecą. W latach 2000-2008 związana głównie z warszawskim Teatrem Ochoty. Współtwórczyni stowarzyszenia teatr tm.

Czy zwierzęta towarzyszyły Ci od dzieciństwa?
Powiedziałabym: od niemowlęctwa! I nie jest to przenośnia! Otóż, kiedy rodzice przywieźli mnie ze szpitala do domu, powitał nas owczarek niemiecki o wdzięcznym imieniu Omar, który należał do moich dziadków. W mojej rodzinie do dziś przekazywana jest historia, jak to Omar położył łeb na kołderce, i gdy ktoś chciał podejść do mnie, strasznie warczał. Myślę, że to, iż wychowywałam się ze zwierzętami spowodowało, że w późniejszym, dorosłym już życiu, nigdy nie odczuwałam lęku przed nimi. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że one same do mnie lgnęły.

Nigdy nie miałaś psa z hodowli?
Z hodowli miałam tylko jednego psa, foksterierkę – Astrę. Poza nią wszystkie pieski były znajdami. Pierwszy był Ozy, który przybłąkał się do mnie 
w liceum. Po prostu wszedł pod moją ławkę i nie chciał stamtąd wyjść... Kolejnego psa, który towarzyszy mi do dziś, znalazłam, gdy byłam już po studiach. Wracałam od moich rodziców z Łodzi do Warszawy, gdy nagle, tuż przy przejściu dla pieszych, zobaczyłam jakieś zwierzę. Zatrzymałam samochód, podeszłam. W kałuży krwi leżał przerażony piesek. Czym prędzej zaniosłam go do auta i zawiozłam do najbliższego lekarza weterynarii. Lekarz opatrzył psa i stwierdził, że oprócz krwotoku z nosa, nic poważnego mu nie dolega. Piesek trafił do schroniska. Widziałam, że miał obróżkę, więc sądziłam, że wkrótce zgłosi się po niego właściciel. Po trzech tygodniach zadzwoniłam do schroniska i okazało się, ze po pieska nikt nie przyszedł. Powzięłam decyzję, że go zaadoptuję. Tak trafiła do mnie Melba.

Dlaczego imię Melba?
Melba, bo tak nazywały się lody z mojego dzieciństwa, które bardzo lubiłam. Za pomocą imienia próbowałam „odczarować” całe zło i dramatyczne okoliczności, w których trafiła do mnie suczka. Gdy przyjechałam z nią do domu była bardzo szczęśliwa. Szybko otworzyła się na to, co nowe. Praktycznie nie miałam z nią kłopotów.

Pies idelany?
Myślę, że nasze porozumienie wynika także z tego, iż Melba jest już ze mną 13 lat. To wystarczająco długo, aby znać jej pewne zachowania, które, cóż, trzeba polubić... Na przykład do tej pory, gdy wchodzę do domu wita mnie przeraźliwy dźwięk – ni to wycie, ni skomlenie. To oczywiście Melba, która w tak charakterystyczny sposób cieszy się 
na mój powrót.

Co jeszcze lubi Melba?
Oczywiście, jak każdy pies, spać na łóżku. W domu jej na to nie pozwalam. Za to, gdy razem podróżujemy, a wyjeżdżamy dość często, obowiązują inne, specjalne prawa. Melba oczekuje, że przyniosę jej coś ze śniadania. Poza tym, gdy w pokoju są dwa łóżka, Melba czym prędzej wskakuje na jedno 
z nich, dając mi do zrozumienia, że zamierza tam spać. Na wyjazdach i w życiu codziennym jest bardzo towarzyska. Lubi, gdy ktoś obcy głaszcze ją 
i przytula. Więcej, domaga się tego! Lubi też chodzić do restauracji. Jest zupełnie inna od Foki....

Od Foki?
Foka, to kolejny pies, którego znalazłam. Jadąc wiaduktem nad Alejami Jerozolimskimi, zobaczyłam duże, świecące oczy. Z tego niebezpiecznego, ruchliwego miejsca zabrałam pieska z pokrwawioną łapką. Do dziś zastanawiam się, w jaki sposób on tam trafił. Czy go ktoś wyrzucił, czy raczej potrącony przez samochód, w głębokim szoku, sam tam wbiegł? Pies, podobnie jak Melba, został opatrzony przez lekarza weterynarii. Zawiozłam go do rodziców. Nazwaliśmy ją Foka, ponieważ wygląda jak mała foczka: jest biała, okrągła, z dużymi czarnymi oczkami. To ukochany pies mojej mamy. Foka nie odstępuje jej nawet na krok. Jest przeciwieństwem Melby – nieufna i zalękniona, mimo że rodzice otoczyli ją bardzo troskliwą opieką.

Warto przygarnąć znajdę?
Warto. Jest wiele psów, które czekają na adopcję. Ja miałam to szczęście, że psy same do mnie trafiały. Nie musiałam jeździć do schroniska i wybierać spośród wielu, bardzo nieszczęśliwych zwierząt. Wówczas rodzą się pytania: czym kierować się przy wyborze psa? Wziąć jednego czy kilka? Dlaczego nie jestem w stanie pomóc wszystkim zwierzakom? Taka sytuacja wyboru jest trudna emocjonalnie. Zwierzęta same mnie wybierały 
i dziękuję im za to. Dziękuję też za ich codzienną obecność, która ma efekt terapeutyczny, bo działa antydepresyjnie. Pies po prostu żyje z nami i bardzo nas kocha i to jest piękne!

Rozmawiała i fotografowała
Dorota Szulc-Wojtasik